Korzystając z okazji składam wam najszczersze życzenia:

Wesołych i najszczęśliwszych świąt!
Mnóstwa prezentów! Radości, miłości, przyjaźni, tego co najważniejsze w życiu!
Byście nie zgubili się na zawiłych ścieżkach życiowych i nie zatracili wiary w siebie!
Bo każdy jest wyjątkowy, pamiętajcie!


Notka jest dedykowana wszystkim z okazji najpiękniejszych świąt, Bożego Narodzenia! Jest częściowo smutna, to zależało od mojego humoru. Wena dopisywała, muszę przyznać, więc jeśli wam się nie spodoba, trudno, ja na razie lepiej nie potrafię... Może kiedyś...
Dla nadania nastroju proponuję podkład muzyczny, jakiś w miarę spokojny, na przykład: „Blog 27 – Who I Am”
Pozdrawiam gorąco!

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!



* * * * *



Łzy... gorzkie, zimne łzy...Przepełnione nimi oczy... niebieskie tęczówki, w których odbijał się blask księżyca. Taka niepozorna, taka bezbronna... na tle wielkiego, ciemnego okna... Stała i patrzyła... Wielki księżyc, który wielu zachwycał swoją tajemniczością, jej sprawiał ogromny ból. Serce zwijało się z żalu, z braku sił... Płakało gorzko, tęskniło...

Moje serce złamane, rozsypane na kawałki...
...których nigdy nie pozbieram...
tak bardzo boli mnie życie...
nie znajdę szczęścia już nigdzie...
tylko czekam...aż cały ten ból w końcu zniknie...*


Dziewczyna zaszlochała. Myślami była obok chłopaka... Raczej kogoś, kto jeszcze przed chwilą był chłopakiem. Teraz przeżywał najgorsze chwile swojego życia. A przeżywać musiał ich tak wiele... Ona jednak wciąż go kochała... Serce pękało z bólu, z miłości... Ale i ze strachu... Ogromnego strachu, który przepełniał całe ciało dziewczyny. W końcu on nie był w pełni człowiekiem. Co miesiąc zmienia się w potwora...

Gdy księżyc w pełni blasku staje,
Stracone dusze rozpoczynają swe wołanie.
Proszą o tak niewiele…
O ludzką miłość, dobroć, nie zapomnienie…
Jedna chwila odmieniła wszystko…
Teraz liczy się tylko cierpienie
I bezskuteczne wołanie a ci, którzy sprawili im ból,
Przechodzą obok nie rozumiejąc co być może się stanie,
Nie szukają zemsty, już przebaczyli…
Chcą tylko przez chwilę poczuć się szczęśliwi...*


Dziewczyna przetarła oczy zimną dłonią. Jeszcze raz spojrzała na okno. Co ma teraz zrobić? Jak będzie mogła spojrzeć na niego, skoro on tak długo ją oszukiwał... Chociaż sama nie była pewna, jak zrobiłaby na jego miejscu. Ale nie była nim. I nie potrafiła sobie wyobrazić dalszego życia. Bez niego, czy jednak z nim? Czy odważy się, czy będzie potrafiła być z nim?


* * *



W oddali majaczyło się wzgórze. Ciemne wzniesienie, nagie jak sucha ziemia. Żadnych drzew, w których gałęziach mógłby zatrzymać się choć na chwilę lodowaty wiatr. Smagał więc bezlitośnie całe wzgórze, jakby chciał swoją ogromną siłę wyładować właśnie na tym wzniesieniu.
Na wzgórzu stała jakaś postać. Czarny cień wzbudzałby strach obserwatora, gdyby tylko takowy był. Lodowaty wiatr targał długim, czarnym płaszczem. Chude palce zaciskały się w powietrzu. Oczy błyszczały. Z odległości kilku metrów te czerwone źrenice mogłyby spowodować nagłą śmierć. Ze strachu. Tyle złości, tyle gniewu, zawiści, chęci mordu, tyle zemsty czaiło się w tych szparkach, swym czerwonym blaskiem siejąc postrach.
Ciche pyknięcie odwróciło uwagę postaci. Obok niej pojawił się inny człowiek. Maska na twarzy uniemożliwiała rozpoznanie osobnika. Ostry podmuch wiatru wypełnił cały jego płaszcz.
- Tom... – rozległ się ochrypły głos.
- Zamilcz!
Voldemort odsunął się od niego.
- Tom... plugawe imię równie plugawego ojca, mugola – powiedział, każde słowo jakby wypluwając ze wstrętem. – Już nikt nie będzie mnie tak nazywał! Świat zapomni o nędznym Tomie Riddle’u, prefekcie i zdolnym uczniu! Pokażę światu, czym naprawdę jest strach! Nikt nie zobaczy we mnie tego miłego, kulturalnego chłopaka! Jestem Lord Voldemort, najpotężniejszy czarodziej stulecia! To wszystko co widzisz zostanie oczyszczone ze szlamu! Dumbledore, ten nędzny miłośnik szlam i mugoli! Pokażę mu, jak mało znaczy, jak bezwartościowy jest! Świat będzie należeć do mnie, moje imię będzie budziło taki strach, że społeczność przestanie go używać!
- Jak...?
- Jak to się stanie? Czy jeszcze nie wiesz, po co cię wezwałem? – Czarny Pan spojrzał na niego z bez cienia jakichkolwiek uczuć. – Życie niczego cię nie nauczyło... Nie buntuj się! – rzucił z pogardą.
- Przecież nic...
- Jesteś żałosny! Czyżbyś myślał, że nie potrafię odczytać twoich myśli? A jednak... nie doceniasz mnie...
- Panie...
- Zbierz wszystkich zaufanych ludzi! Starych znajomych, ważnych, uzdolnionych czarodziei! Stworzymy tak potężną armię, że cała ziemia zadrży ze strachu!
Znów rozległo się ciche pyknięcie. Voldemort rzucił ostatnie spojrzenie na otaczającą go przestrzeń. Deportował się.


* * *



Majestatyczny jeleń spoglądał z błyskiem w oku na stojącego w pobliżu kudłatego psa. Ten zaszczekał figlarnie. Zaczynało świtać. Ciemne pomieszczenie, w którym zwierzęta się znajdowały, tonęło w półmroku. Zabite deskami okna, przepuszczały jedynie blade smugi światła, niewiele pozwalając dojrzeć. Na zakurzonym łóżku leżała skulona postać, wycieńczona i zmęczona.
Minęła długa noc. Chwilami groźna, bo czasem sytuacja wymykała się spod kontroli, chwilami śmieszna, przyjemna.
W miejscu zwierząt jakby z nikąd pojawili się trzej chłopcy. Ostatni raz spojrzeli na leżącego chłopaka, po czym znikli za peleryną niewidką. Szli długim korytarzem, powoli powłócząc nogami i starając się we trójkę schować za czarodziejskim płaszczem. Nagle rozległy się kroki. Stukot obcasów dudnił po kamiennej posadzce. Gryfoni przylgnęli gwałtownie do ściany, spoglądając w daleki koniec korytarza. Ich oczom ukazała się szkolna pielęgniarka, najwyraźniej idąca po Remusa. Chłopcy prześlizgnęli się obok niej. Peter, na nieszczęście, zahaczył o kobietę, wytracając ją z równowagi.
- Upss...
Chłopcy błyskawicznie przebiegli obok niej i zamarli w bezruchu, wstrzymując oddech. Pielęgniarka rozejrzała się czujnie po korytarzu.
- Kto tu jest? – spytała donośnym głosem.
Peter przełknął głośno ślinę.
- Musiałam się potknąć... - mruknęła do siebie i ruszyła dalej, stukając obcasami.
Chłopcy westchnęli z ulgą.
Tym razem bez przeszkód dotarli do wyjścia, tuż przy Bijącej Wierzbie, i pobiegli do zamku.


* * *



W dormitorium rozlegał się donośny dźwięk budzika. Lily przetarła zaspane oczy.
- Niech ktoś w końcu wyłączy ten cholerny budzik! – wrzasnęła.
Położyła się ponownie i zakryła głowę poduszką. Budzik nadal złośliwie dzwonił. Lily zacisnęła powieki. Przed oczami ukazały jej się sceny z dnia wczorajszego. Potrząsnęła głową, by pozbyć się natrętnych myśli, które, jak to zwykle bywa, ani myślały się ulotnić z główki Rudej. Dziewczyna wstała gwałtownie, czując na policzku ściekającą łzę. Starła ją energicznie i zrzuciła ręką budzik, który automatycznie się wyłączył.
Lily czuła się fatalnie. Miała poczochrane włosy, pomięte ubranie, w którym spała, nawet nie przebierając się wieczorem. Podkrążone oczy świadczyły o małej ilości snu. Ale to nie wygląd zewnętrzny tak psuł humor dziewczynie. Miała wrażenie, że jej serce zostało rozdarte na pół i boleśnie zbite. Czuła się oszukana.
Przemyła twarz zimną wodą i mozolnie wykonała podstawowe, poranne czynności. Chwyciła pierwsze, lepsze ubranie i nałożyła je na siebie. Nie miała na nic siły, a tym bardziej na śniadanie w Wielkiej Sali, gdzie musiałaby stanąć przed wszystkimi. Ruszyła na błonia. Przyjemny podmuch wiatru wkradł się między jej włosy, targając je na wszystkie strony. Stanęła nad brzegiem jeziora. Zapatrzona w dal nie zauważyła wysokiego chłopaka, który zmierzał w jej stronę.
- Cześć...
Lily odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz ze Steve’m. Odwróciła się ponownie.
- Nawet się nie przywitasz?
Dziewczyna spojrzała na niego. Szklane oczy pełne były głębokiego żalu. I złości.
- Nie jesteś tego wart... – szepnęła, po czym minęła go i pobiegła do zamku.
„Nie będę płakać, nie będę płakać... nie warto...” powtarzała sobie te słowa w myślach. Nie płakała. Zatrzymała się i głęboko odetchnęła. Tym razem już spokojnie ruszyła do zamku, przywołując na twarz sztuczny uśmiech.


* * *

Dni mijały powoli, wypełnione nauką, kawałami Huncwotów. Lily, przechodząc obok Steve’a, nawet nie zaszczycała go spojrzeniem. Za to więcej czasu spędzała z przyjaciółkami, które skutecznie potrafiły poprawić jej humor. Sprawy Dorcas miały się jak najlepiej. Jedynie Ann, nie wiedząc, co ma robić, odsunęła się od swojego chłopaka, nawet nie podając mu powodu. Nikt nie mógł już patrzeć, jak oboje się męczą, tym bardziej, że nie znali powodu tego nieporozumienia.
Lily, z natury spontaniczna, nie potrafiła siedzieć bezczynnie, gdy jej przyjaciołom się nie powodziło. Nie miała jednak pojęcia co zrobić. Jak umiejętnie podejść przyjaciółkę, by ta nie uznała, że Lily się czepia? Że to przecież nie jej sprawa...
Szczerość... wielu ją ceni, wielu nią gardzi... Szczerość potrafi sprawić ból, ale potrafi także pomóc w potrzebie. Szczerzy są wobec siebie przyjaciele, bo tacy powinni być. Prawdziwa miłość jest szczera, bo na tym musi opierać swój związek. No właśnie... szczerość, powód tego nieporozumienia między ładną Gryfonką a zdolnym, przystojnym Huncwotem.
I właśnie tą szczerością Lily zamierzała zadziałać. Wierzyła, że Ann doceni to, zaufa jej i wytłumaczy całą sytuację. Potem to już tylko czar osobisty Lily, zdolność przekonywania... Jednym słowem dziewczyna wierzyła w siebie, w swój temperament.
Nie wiedziała jednak kiedy się do tego zabrać. Który moment będzie najodpowiedniejszy. Ten problem wystarczająco uniemożliwiał spokojny sen zielonookiej, której noc była tylko czasem przemyśleń, krótkich drzemek i gwałtownych przebudzeń.
Któregoś dnia Lily przebudziła się i odruchowo spojrzała w okno, próbując ustalić porę dnia. Zamarła na chwilę, mając przed oczami smukłą sylwetkę, opartej o parapet, dziewczyny. Wstała cicho, starając się nie zakłócać spokoju Gryfonki. Usłyszała szloch. Podeszła powoli i objęła dziewczynę. Spojrzały sobie w oczy nic nie mówiąc. Milczenie im wystarczało. Przynajmniej chwilowo.
- Już dobrze, Ann... – odezwała się po chwili Lily, delikatnie klepiąc przyjaciółkę po plecach.
- Już nic nie będzie dobrze, rozumiesz?
- Ale dlaczego, kochana?
- Dlaczego? Och... – dziewczyna pociągnęła nosem.
Ruda cierpliwie czekała, aż Lorens się odezwie.
- On jest wilkołakiem... – szepnęła Ann tak cicho, że Lily z ledwością ją usłyszała.
Jednak usłyszała.
- Co? Ale kto? To przecież... – jąkała się głośno. – To... niemożliwe... – zakończyła szeptem.
- A jednak...
Zielonooka, mocno wstrząśnięta, tylko mocniej przytuliła Ann.
- Wiesz, powoli przyzwyczajam się do tego faktu... Ale wciąż nie mogę sprawić, by było jak dawniej... Coś mnie hamuje, nie potrafię nawet się do niego odezwać...
- A ja... ja nawet nie wiem co ci powiedzieć... Przecież to niemożliwe...
- Ale dlaczego? Równie dobrze mogłabyś to być ty... Albo ja... To mnie mógłby ugryźć wilkołak. Już go nawet rozumiem... Też chciałabym żyć normalnie, bez przyjaciół, nieustannie patrzących ukradkiem na ciebie, bojących się, czy czasem się nie zmienisz... To nie życie...
Ruda milczała.
- Tylko mimo to nie potrafię się przełamać... A tak bardzo go kocham! Serce mi się łamie, gdy go widzę smutnego, a nie umiem tego zmienić. Nie jestem jeszcze gotowa, by całkowicie go zaakceptować... Potrzebuje czasu...
- Wciąż jednak płaczesz... za nim...?
- Tęsknię... Och, to wszystko jest takie poplątane... Widzę jak cierpi, ale nie potrafię mu ulżyć... Tak bardzo chciałabym się do niego przytulić...
- Nikt nie powiedział, że życie jest łatwe...
- Ale nikt nie mówił, że jest aż tak trudne! Och... Nie wiem co robić...
Znów milczenie złączyło dwie, pogrążone w smutku, dziewczyny.
- Lily... – odezwała się Ann. – Obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz, nawet Dorcas! Wiem, że by to zrozumiała, ale dopiero po czasie. Nie jestem jeszcze gotowa na współczucie, więc i ty mi go nie okazuj. I jemu także.
- To mogę ci obiecać. – Evans uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Każda położyła się do swego łóżka. Jednak ani jedna nie dała się już porwać w objęcia Morfeusza.


* * *



Samantha przechadzała się samotnie korytarzami. Nuciła jakąś wesołą melodyjkę, co chwila obracając się wokół własnej osi. Ostatnio humor jej nie opuszczał. Biegała z chłopakami, robiąc kawały woźnemu, zamykając panią Norris w schowkach na miotły, podkładając łajnobomby. Wiele razy szalała z Jamesem, chichocząc z własnych wygłupów. Właśnie... z Jamesem. To głównie on był powodem jej dobrego humoru. To on potrafił wyczarować najpiękniejszy uśmiech na jej twarzy, to on przyprawiał ją o dreszcze, chwytając za rękę.
Jak na zawołanie zza zakrętu wyłonił się James. Dziewczyna poczuła ciepło w okolicach serca. Uśmiechnęła się szeroko.
- Czołem, kompanio!** Co tym razem?
- Robimy przerwę, bo Filch już wariuje – uśmiechnął się chłopak. – Ale są jeszcze inni nauczyciele – puścił do niej oczko.
Sam zaśmiała się serdecznie.
- No to na co czekamy?
- Na natchnienie!
Pobiegli schodami w dół. Po chwili jednak James zatrzymał się, chwytając ją za przegub.
- Masz jakiś pomysł? – spytał – Musimy zrobić coś, czego nie pozbędą się długo – uśmiechnął się chytrze.
Dziewczyna spojrzała na niego. Stali za blisko, stanowczo za blisko. Jego usta uśmiechały się rozkosznie. Werder pod wpływem impulsu pochyliła się i pocałowała chłopaka. Ten nie odwzajemnił pocałunku, ale też go nie przerwał.
- Sam, muszę ci cos powiedzieć... – urwał, zastanawiając się.
Przed oczami stanęła mu postać Lily Evans, rudowłosej osóbki o zielonych oczach. To ją kochał. Ale czy naprawdę warto rezygnować z każdej dziewczyny tylko dla niej? Żeby potem ona zupełnie go nie zauważała, kłóciła się z nim? Może Lily nie zasługuje na takie poświęcenie... Dlaczego on ma się wciąż za nią uganiać? Podczas gdy inne dziewczyny spoglądają na niego z tęsknotą... Może nie warto?
Spojrzał na Samanthę. Ta patrzyła na niego pytająco.
- ... nieźle całujesz... – puścił jej oczko.
Gryfonka uśmiechnęła się szeroko.


* * * * *



* Wiersze są autorstwa dziewczyny z bloga http://agniesiulinka.mylog.pl/ Ma niesamowity talent, prawda?? Dziękuję Ci, moja imienniczko, za pozwolenie na skorzystanie z twojej twórczości.
** Ktoś może to uznać za kolokwializm, chociaż nie do końca nim jest, ale z góry przepraszam, jeśli ktoś te słowa za takowe uzna.

"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Notka mikołajkowa!!!


Mocno się namęczyłam pisząc tą notkę, bo chciałam, by wam się spodobała! Starałam się, chociaż i tak nie jest ona doskonała, ani bardzo dobra. Proszę o ocenę i wskazanie mi najlepszego fragmentu notki. Napiszcie prawdę, ale cenzuralnie! Nie zapomnijcie!!!

Wszystkiego dobrego, mnóstwa słodyczy, wielu uśmiechów, fury szczęścia i radości w dniu Świętego Mikołaja życzę wam ja, autorka!!!


Notkę tę dedykuję osobie, która poradziła mi, by wprowadzić dreszczyk emocji (czyli ten fragment, dla którego zmieniłam lekko fabułę). Mam nadzieję, że mi się to udało... Czyli:
Notka dedykowana dziewczynie z bloga: http://kocham-jamesa.mylog.pl/ Dzięki :*:*

A... Opis wschodu słońca to moje zadanie domowe, które chciałam wykorzystać. Może wy go ocenicie?? Byłabym wam bardzo wdzięczna...


* * * * *



Niesamowita i budząca grozę cisza. Dwie, ciemne postacie... prawie niewidoczne w tej nieprzeniknionej ciemności. Czerwone światło... przeszywające zimno...
Daleko... gdzieś, w nieprzebytej przestrzeni, znajdował się budynek. Czarny, wielki gmach. Niby niezamieszkany, jednak budzący strach... Przed czym? Raczej przed kim? Tego nikt nie wiedział. W oknach czaiły się ponure cienie, jakby duchy właśnie to miejsce obrały za swoją siedzibę.
Burza... Straszne pioruny, niwelujące miejsca, które stają się ich łupem. Wielkie, ciemne chmury, z których lał się na cały świat lodowaty deszcz. Nieprzyjemny chłód. Czające się za krzakami tajemnicze kształty, których nikt nie potrafił zinterpretować. Budzące grozę, olbrzymie cienie rozłożystych drzew. Ponura atmosfera.
W jednym z okien rozchodziło się jasnoczerwone światło. Z daleka można było dojrzeć jeden cień, pochylający się nad czymś. Albo nad kimś. Cienkie drewienko, kończyło już swoje dzieło, wysyłając ostatnie promienie.
- Gotowe... – rozległ się drżący głos.
I w oknie, wśród bladego, czerwonego światła, ukazał się drugi cień. Wstający powoli... Z uwielbieniem spoglądający na swoje nowe ciało... Spoglądający czerwonymi oczami, z przerażającymi, pionowymi źrenicami. Poruszający długimi i bladymi jak ściana palcami.
Cały dom rozbrzmiał piskliwym śmiechem... Jego śmiechem.
- Nareszcie... Tyle lat na to czekałem... – chrapliwy głos wypełnił cały pokój. – Świat będzie należeć do mnie! Lord Voldemort wreszcie ukaże swoje oblicze!
Znów śmiech. Okropny, zimny...


* * *



Szarawa poświata wypełniała cały widnokrąg. Zbliżała się najpiękniejsza chwila w ciągu całego dnia. Wschód słońca... Delikatne, jeszcze nieśmiałe promienie, wyglądały zza krawędzi świata, spoglądając na niego z zaciekawieniem. Tajemnicza, różowa zorza okalała łagodnie niewielką część widnokręgu. W tle jasnożółtych promyków dało się zobaczyć ciemne cienie rozłożystych drzew. Wyglądały niesamowicie na tle tego cudownego pejzażu.
Słońce powoli wysuwało swe ogniste oblicze zza widnokręgu, przyjemnie ogrzewając chłodną po nocy glebę. Ptaki budziły się ze snu. Słodko śpiewały swe radosne, beztroskie melodie. Różnobarwne stworzenia wychodziły ze swych nocnych kryjówek, rozkoszując się ciepłymi promieniami. Cały świat budził się do życia.
Ten piękny krajobraz już od pewnego czasu zachwycał pewne wnikliwe, zielone oczy, których właścicielką była ładna, rudowłosa Gryfonka. Już ponad pół godziny siedziała ze skulonymi nogami na wielkim, szarawym parapecie. Aksamitna koszulka nocna łagodnie opinała jej zgrabne ciało. I, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy, patrzac w dal zamyślonym wzrokiem, wyglądała ślicznie i romantycznie. Efektu dopełniała rozjaśniona usmiechem twarz.
Był sobotni poranek. Dzień pierwszego, w tym roku szkolnym, wypadu do Hogsmeade. Zapowiadał się pogodny i miły poranek. Lily westchnęła z uśmiechem.
- Ale co się stało? - usłyszała zmartwiony głos Ann, dobiegający z Pokoju Wspólnego.
Wytężyła słuch.
- Nic poważnego. Po prostu musiał pojechać do matki. Źle się poczuła...
Głos Black’a był spokojny, ale Lily wyczuła w nim lekkie napięcie.
- Coś poważnego? Ostatnio dość często choruje...
- Nie wiem Ann. Niedługo wróci.
- Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz – powiedziała spokojnie dziewczyna.
Lily usłyszała kroki na schodach. Spojrzała na drzwi, oczekując w nich swojej przyjaciółki. Po chwili weszła. O dziwo, spokojna, jednak Ruda nie dała się zwieść. Zeskoczyła z parapetu i podeszła do Lorens.
- Och, Lily!
Zielonooka bez słowa przytuliła dziewczynę.
- No już, spokojnie... – szepnęła, gładząc jej włosy.
- Czuję, że coś jest nie tak! Że on coś przede mną ukrywa!
- Może to wszystko nie jest tak skomplikowane? Może on po prostu pojechał do mamy, a ty się denerwujesz...
- Mógł mnie uprzedzić!
- Racja... ale tego nie zrobił. Pewnie nie chciał cię martwić...
- Może... – westchnęła Ann.
Wyswobodziła się z objęcia Rudej i poszła do łazienki. Lily usiadła na łóżku i wpatrzyła się z zamyśleniem w ścianę.


* * *




Jacklyn szczotkowała włosy, stojąc przed lustrem w łazience. Od kilku minut myślała, co ma dzisiaj robić? Jak wyjść cało i godnie, żeby można było spojrzeć mu w oczy? Bo Jacklyn bała się. Bała się swojego pierwszego w życiu wyjścia z chłopakiem. Nie wiedziała, co ma robić, co uczynić, gdy spotka się sam na sam z tym, jakby nie było, prawie mężczyzną.
Dziewczyna ujrzała w lustrzanym odbiciu swoją współlokatorkę – Jessicę. Uśmiechnęła się do niej smętnie.
- Dzień dobry! Jaki piękny dzień! Wymarzony na spacer po Hogsmeade... – przywitała się Jess.
- Taa... rzeczywiście ładnie – mruknęła Jacklyn.
- Może namówisz się jeszcze na to wyjście?
- Ale ja idę, nie mówiłam ci? – spytała zaskoczona Bever.
- Nie, naprawdę!? To świetnie! Będzie fajnie, zobaczysz!
- Mam co do tego wątpliwości... A jeśli on stwierdzi, że jestem niegodna zainteresowania?
- Zaraz, zaraz...To ty idziesz z chłopakiem? No proszę, proszę... Nasza Jacklyn się rozwija...
- I tak na pewno cos popsuję, albo przewrócę...
- Będzie dobrze! – Jess uśmiechnęła się do blondynki. – Pożyczyć ci coś mojego? – spytała, pokazując ręką szafę.
- Jasne!
Dziewczyny ze śmiechem rzuciły się do szafy. Już po chwili lekko zdezorientowana Jacklyn została wepchnięta do łazienki z pierwszym zestawem ubrań.


* * *



Lily patrzyła z lekkim znudzeniem na długą kolejkę uczniów, chcących przejść obok Filcha sprawdzającego, czy dana osoba jest na liście. Stała ze Stevem, była w centrum zainteresowania. Większość dziewczyn patrzyło na nią z zazdrością i zdziwieniem, a chłopcy szukali sensacji. Dziewczyna spojrzała na swojego towarzysza. Ten uśmiechnął się do niej, jednak już po chwili posyłał jakiś słodki uśmiech ładnej brunetce. Evans westchnęła. „Co się z nim dzieje?”
Kiedy przeszli przez straż Filcha, Steve złapał Lily za rękę i pobiegł przed siebie ciągnąc ją za sobą. Dziewczyna roześmiała się i spojrzała na niego z czułością. Zadyszani dobiegli do wielkiego głazu, stojącego na uboczu. Ruda wdrapała się na niego i spojrzała na chłopaka.
- Jaki piękny dzień, prawda? – westchnęła – Wymarzony na spacer...
- Masz rację... chodźmy więc! Szkoda czasu!
Złapał ją w talii i obrócił, trzymając na rękach. Lily zaśmiała się serdecznie. Chłopak postawił ją na ziemi i powoli ruszyli do Hogmseade.


* * *



- ...”Morze łez?” ... ”Magiczne Daty i Wydarzenia”... hmm... Może to?
Delikatny palec wędrował po grzbietach opasłych tomów, co chwila zatrzymując się na jednym z nich. Po kilku sekundach jedna z ksiąg wylądowała w ręku ładnej dziewczyny z zaciętą miną. Usiadła na krześle w bibliotece, przecierając delikatnie okładkę. Spojrzała na pierwszą stronę. Znów wskazujący palec powędrował na kartkę, powoli gładząc stronę. Na twarzy malowała się determinacja.
- Nic nie ma... – westchnęła z rezygnacją. – Może rzeczywiście jego matka jest chora? Ale tak co miesiąc?
Ann zmarszczyła czoło. Odłożyła księgę i znów spojrzała na regały.
- Och... to bez sensu... – westchnęła – Czy dzisiejszy dzień jest inny niż wszystkie?
- No pewnie!
Dziewczyna podskoczyła na krześle, słysząc donośny głos jakiegoś chłopaka w okularach.
- Ale mnie przestraszyłeś!
- Przepraszam, nie chciałem.... Dzisiaj jest...
- No właśnie... Czy dzisiejszy dzień jest wyjątkowy?
- Dzisiaj jest wypad do Hogsmeade...
- To wiem... – mruknęła Ann rozczarowana.
- ... i będzie piękna noc!
- Tak... Ciekawe dlaczego? Chmur nie będzie? – odpowiedziała dziewczyna dość sceptycznie.
- Tego nie wiem... Ale księżyc będzie w pełni...
- Aha... No to rzeczywiście będzie pięknie... - odpowiedziała markotnie Lorens – Przepraszam cię, ale już pójdę...
Dziewczyna wstała i wyszła z biblioteki. Powolnym krokiem szła do Wieży Gryffindoru. Jej myśli wracały do rozmowy z chłopakiem, mimo woli dokładnie analizując każde jego słowo. „Miły chłopak... widać, że lubi się uczyć’ – uśmiechnęła się smętnie – „Podobnie jak Remus...”
Przystanęła obok wielkiego okna wychodzącego na Zakazany Las. „...księżyc będzie w pełni...” Dziewczyna westchnęła. „Szkoda, że nie obejrzymy go razem z Remusem...”
Księżyc w pełni...
W pełni...
Ann zbiegła błyskawicznie do biblioteki. Minęła uprzejmego chłopaka w okularach i zdyszana spojrzała na regał. Jest!
Drżące ręce pochwyciły dużą księgę z błyszczącym napisem na grzbiecie: „Tajemnice Księżyca” Szybko przewróciła okładkę i znalazła fragmenty o pełni.

... Pełnia jest dla większości ludzi pięknym okresem, kiedy księżyc w całej swojej okazałości spogląda na otoczony ciemnością świat, otulając go swoim srebrzystym blaskiem. Jednak dla niektórych ludzi pełnia jest najgorszym okresem w życiu. Tej nocy człowiek pogryziony przez wilkołaka zmienia się w potwora. Staje się wtedy groźnym stworzeniem, siejącym postrach w okolicznych lasach. Również wampiry w tym okresie mają wzmożoną moc i chęć pogryzienia...

Dziewczyna przestała czytać. Na jej twarzy malowała się groza, z oczu wyzierał strach. Zimny dreszcz przeszył jej kobiece ciało. Wydawało jej się, że krew stanęła w żyłach, ani myśląc, by płynąć dalej. Bała się. Bała się prawdy, która spadła na nią znienacka. Okrutnej prawdy. „Przecież... on nie może być... każdy tylko nie on...” - jąkała się w myślach. Czy on jest wilkołakiem?


* * *



James Potter spacerował samotnie w pobliżu Wrzeszczącej Chaty. Już dzisiaj będzie tam w środku, razem z przyjaciółmi będzie próbował zapanować nad wilkołakiem. Chłopak miał jednak uśmiech na twarzy. Tyle razy przeżywali takie noce, bawili się świetnie, strasząc mieszkańców Hogsmeade, którzy późną porą wychodzili posłuchać „duchów”. Czasem nawet spacerowali po wiosce, odkrywając coraz to nowe miejsca, tajemne przejścia. Bawili się przy tym pysznie.
James usłyszał trzaski gałązek. Ktoś się zbliżał, z daleka rozbrzmiewał dźwięczny śmiech dziewczyny. Rogacz od razu go rozpoznał. Śmiech jego najukochańszej. Jednak nie była sama. Potter schował się szybko za krzakiem. Zza zakrętu wyłoniła się Lily z przystojnym Krukonem, idąc z nim za rękę. James poczuł zazdrość. Ruda najwyraźniej bawiła się z tym chłopakiem świetnie. Nadstawił uszu.
- Ten dom zawsze budził we mnie mieszane uczucia... – odezwała się Lily.
- Mieszane, czyli jakie?
- No nie wiem... zawsze ciekawiło mnie, co dzieje się tam naprawdę, kto tam straszy, a jednocześnie miałam wrażenie, że mam coś z tym wspólnego... sama nie wiem czemu... – powiedziała dziewczyna z rozbrajającą szczerością.
- Ciekawe... ja mam wrażenie, że to nie duchy tu straszą... tylko nie mam pojęcia kto!
- I chyba nigdy się nie dowiemy... – westchnęła dziewczyna.
Stali chwilę w milczeniu, spoglądając na dom. James patrzył na nich, próbując odczytać uczucia Lily. Czuł się fatalnie. On się stara o nią przez sześć lat, a tu przychodzi jakiś Krukon, pożal się Boże, i zabiera mu ją sprzed nosa. A tak świetnie się układało! Już zaczynało się między nimi coś dziać... Potter wycofał się cicho i ruszył w stronę wioski.
- Może pójdziemy na kawę? – odezwał się po chwili Steve.
- Chodźmy, mam ochotę gdzieś usiąść.
Po chwili wchodzili do zatłoczonej kawiarenki. Usiedli przy oknie z widokiem na piękny krajobraz. Lily wpatrzyła się w niego z zachwytem.
- Pójdę coś zamówić – powiedział z uśmiechem chłopak.
Odszedł w stronę baru. Ruda zamyśliła się. Jej myśli wędrowały wokół przyjaciół, wokół Huncwotów. Zastanawiała się, czy zawsze będzie miała o czym rozmawiać ze Stevem? Miała kilka tajemnic, których nie chciała wyjawić Krukonowi, a o których bez przerwy rozmawiała z przyjaciółmi. Zawsze mają tyle tematów do obgadania w Wieży Gryffindoru. A on... on nic o niej nie wie... Jest tak jakby obcy... „Ale jest świetny pod każdym innym względem” odezwał się głosik w jej głowie. Ideał...
- Psst... patrz dziewczyno, co twój chłopak robi...
Lily podskoczyła na krześle słysząc głos jakiegoś chłopaka. Spojrzała w stronę baru i zobaczyła Steve’a bezwstydnie flirtującego z kilkoma dziewczynami. Najwyraźniej czuł się świetnie w ich towarzystwie, bo ani myślał wrócić do stolika. Lily oburzyła się. Odwróciła się w stronę chłopaka, który ja o tym poinformował. Był dość przystojny.
- Chyba o tobie zapomniał... – odezwał się.
- Możliwe – odpowiedziała Ruda chłodno.
- Być może na ciebie nie zasługuje! – uśmiechnął się.
- Co ty możesz o tym wiedzieć! – żachnęła się zielonooka.
- Na pewno nie jesteś taka, jaką teraz udajesz. Chłopak cię nie docenia.
Lily bez słowa odwróciła się od niego i zauważyła Steve’a idącego w jej stronę. Uśmiechnęła się chłodno.
- Fajnie się rozmawiało?
- Świetnie! Dziewczyny zaproponowały, żebyśmy się do nich dosiedli!
- Słucham?! Mieliśmy być sami...
- No tak...
- Coś czuję, że nie były zachwycone tym, że ja jestem z tobą!
- No... nie ukrywam...
- Świetnie! – powiedziała ze złością. – To nie będę wam przeszkadzać, bawcie się beze mnie!
- Czemu się złościsz? To tylko dziewczyny...
- Nie możemy zostać sami...
- Ale...
- Steve, co się z tobą dzieje, jesteś inny niż zwykle!
- To, że jestem z tobą, nie znaczy, że muszę wszystkich zostawiać dla ciebie!
- To po co się ze mną umówiłeś?
Chłopak spojrzał na nią jak na wariatkę.
- To co, dosiadamy się do nich czy nie?
- Nie mogę ci zabronić zostawiania wszystkich dla mnie! Baw się z nimi dobrze!
Lily wybiegła z kawiarni. Odwróciła się tylko na chwilę. Przez ułamek sekundy zobaczyła, jak Steve dosiada się do kilku dziewczyn i śmieje się otwarcie. Łzy pociekły po bladych policzkach Rudej. Nawet nie patrzyła, gdzie biegnie. Czuła się okropnie. Steve zostawił ją dla pierwszych lepszych dziewczyn! A ona mu ufała! Zaangażowała się w ich związek! Chyba za bardzo...
- Ej! Gdzie tak pędzisz!?
Jakiś czarnowłosy chłopak chwycił ją w ramiona i mocno przytulił do siebie.
- Lily, co się stało?
- Och, James...
Dziewczyna rozpłakała się na dobre, mocząc Rogaczowi szatę.

* * *


Jacklyn siedziała przy okrągłym stoliku w „Trzech Miotłach”. Patrzyła nieśmiało na tłoczne i wesołe towarzystwo. Czuła się nieswojo, jakby zupełnie nie pasowała do tych ludzi. Spojrzała tęsknie na drzwi. Nie chciała wychodzić, żeby nie sprawić przykrości Peterowi. Popatrzyła na niego. Stał przy barze. Taki niepozorny, taki nieśmiały, patrzył na wszystkich ze strachem. Dziewczyna wstała i ruszyła do wyjścia. Zatrzymała się przy stojącym obok lady chłopaku o mysich oczach.
- Chodźmy się przejść. Tu jest zbyt tłoczno, nawet własnych myśli nie słychać.
- Dobrze...
Przecisnęli się przez tłum, kierując się ku wyjściu.
- Od razu lepiej – westchnęła Bever, gdy tylko wyszła na świeże powietrze.
- No...
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, poprawiając okulary. Szli wolnym krokiem, każdy szukając jakiegoś tematu do rozmowy. Bezskutecznie.
- Czy zawsze, gdy chce się przerwać ciszę, jak na złość nie przychodzą na myśl żadne tematy? – powiedziała cicho Jacklyn.
- Ciebie to chyba nie dotyczy... – uśmiechnął się chłopak.
- Zdziwiłbyś się... Nienawidzę ciszy i właściwie tylko z tobą umiem zacząć rozmowę....
- Ja nawet z tobą tego nie potrafię – powiedział chłopak i momentalnie się zaczerwienił.
Dziewczyna widząc zmieszanie Petera nie podjęła wątku. Westchnęła.
- W poniedziałek mamy sprawdzian z zielarstwa, prawda?
- Ee... chyba tak...
- Na pewno! Mam nadzieję, że nie będę musiała ci pomagać? – dziewczyna uśmiechnęła się do Pettigriew’a
- Na pewno nie będziesz musiała – żachnął się chłopak.
„Co się z nim dzieje?” pomyślała Jacklyn. „Obraża się zupełnie bez powodu...”
- Przecież żartowałam... – powiedziała.
- Przepraszam...
Przez chwilę panowała nieprzyjemna cisza. Znów... Dlaczego nic nie wychodzi tak łatwo, jakby się chciało? Obydwoje muszą się jeszcze wiele nauczyć.


* * *



- Wiesz, Lily ma chłopaka... – powiedziała Dorcas, mieszając łyżeczką w swojej porcji lodów.
- Co?? – krzyknął Syriusz, krztusząc się owocami, które właśnie spożywał.
- Co cię tak dziwi? – obruszyła się Dorcas – Ruda jest ładna, inteligentna, same zalety...
- No racja... Przepraszam cię, ale jestem stronniczy, myślę o Jamesie...
- Będzie mu ciężko, to pewne...
- Chyba że Lily szybko z nim skończy.
- Nie ma szans, gdybyś ich widział razem...
- Widziałaś?
- Nie, ale widzę jaką ma minę, gdy o nim mówi! Wpadła jak nikt!
- Jak nikt? A ty?– chłopak spojrzał na Czarną z uśmiechem.
- No nie wiem, nie wiem... Ja chyba mniej – dziewczyna puściła oczko do Syriusza.
Ten wziął serwetkę i rzucił nią w czarnowłosą. Dorcas zaśmiała się serdecznie.
- Ja wpadłam chyba dużo bardziej niż myślisz – uśmiechnęła się szeroko.
- No, na pewno!
Obydwoje się zaśmiali.
- Chcesz coś jeszcze? – spytał Syriusz.
- Nie dzięki, może się przejdziemy? Jest szansa, że zobaczymy Lily...
- Jasne – chłopak puścił oczko Meadowes i nonszalanckim ruchem wezwał kelnerkę. Ta westchnęła z zachwytu. Łapa zapłacił rachunek i wyszedł, trzymając Czarną za rękę. Zupełnie nie zwracał uwagi na podążające za nim stęsknione spojrzenia dziewcząt.
Ruszyli spacerem, mijając różne wystawy sklepowe. W chwili, gdy Dorcas patrzyła zafascynowana na jakieś ubrania, Syriusz zacisnął mocniej jej rękę. Spojrzała na niego pytająco. Ten tylko kiwnął głową i wskazał podbródkiem boczną dróżkę. Czarna spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła...
Musiała przetrzeć oczy, bo nie wierzyła w to, co miała w zasięgu wzroku. Na dróżce stał James trzymając w objęciach rudowłosą dziewczynę. Zapłakaną Gryfonkę.
- Chodź, poradzą sobie bez nas... – szepnął Black.
- Racja...

* * * * *


KONIEC!!! Czekam na opinie!
ps: O nowej notce powiadomiłam tych, którzy skomentowali poprzedni post! Pozdrawiam :*
"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:











K S I Ę G A
wpiszesz? czy obejrzysz?

J A



O mnie
Dodaj do ulubionych

A R C H I W U M

2006
lipiec (8)
sierpien (4)
wrzesień (1)
październik (3)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (2)
marzec (1)
maj (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)

2009
styczeń (2)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
lipiec (3)
sierpien (4)
wrzesień (2)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (6)

2010
styczeń (4)
czerwiec (1)



U L U B I E N I

oceny-fanfictionhermiona-kocham-cieevans-kocham-cierudziastothe-carrowslilenkakocham-jamesalegilimentsliitium

L I N K I

Ci, co oceniają
Powiem Ci prawdę!
Oceny Huncwotków!
Oceny wilków!
Ocenialnia TC - SUM
Zabójcza ekipa!

Dzieje pełne magii... Z czasów Harry'ego
Malfoy's Manor - perypetie związane z nazwiskiem Malfoy!
Życie rodziny Krum - Hermiony Wiktora i...
Mały Potter!

Czasy Huncwotów
Lilya... Ślicznie!
Nadine i Alex - blog wciąga strasznie ;D Polecam!
Czarująca Lily Evans - wchodźcie!

Magiczne na swój sposób
Liitium - fantastyczne opowiadania!
Siwara - czyli piękna opowieść o Ewie i tajemniczym Piotrze.
Cudowne wiersze!





Szablon zrobiony przez
Dorcas.
dla kochanej Agnieszki :*. Nie kopiuj!