Ścieżki załamania, tęsknoty...

niedziela, 14.stycznia.2007, 13:00
O kurcze! Ale się namęczyłam z tą notką! Ogólnie mi się podoba, nie mogę narzekać! Jest w niej wszystko! Radość, smutek, rozpacz, rozmyślenia, romantyzm... Brakuje pewnego fragmentu, ale już nie miałam siły by go pisać, a chciałam notkę dzisiaj opublikować! Będzie w następnym poście!
Czekam na opinię, zależy mi na nich bardzo mocno!
Obok jest kilka piosenek do wyboru, by stworzyć pewnego rodzaju nastrój... Osobiście polecam Vangelisa, bo naprawdę przy nim może pokazać się gęsia skórka. Mi się pokazała, ale ja jestem bardzo wrażliwa, nawet na strzykawkę nie mogę patrzeć.
Jeśli ktoś będzie płakał, to mnie o tym powiadomcie, to będzie mój wielki sukces, wywołać łzy!
A... powinniście podziękować Czarującej Lily, która pobudziła u mnie takie uczucia, że napisałam fragment z Lily i Jamesem. Miało go nie być, ale... Sentyment...
Czytajcie!
ps: Notka długa jak na mnie!


* * * * *



Delikatny wiatr rozwiewał długie, lekko pofalowane, rude włosy. Przemykał między kosmykami, podrygując nimi w takt własnej muzyki. Z pełną swobodą obiegał całe szczupłe ciało dziewczyny siedzącej na kamieniu w pobliżu Zakazanego Lasu. Nieśmiały uśmiech zdobił twarz nastolatki, harmonijnie współgrając z błyszczącymi ognikami w jej głębokich, szmaragdowo-zielonych oczach.
Oczami wyobraźni widziała chłopaka, co miesiąc chorego ze strachu. Ze strachu przed sobą. Bała się, jednak była do niego przywiązana. I nie chciała, by ich przyjaźń się skończyła. Jakie mądre słowa wyszły z ust Ann! Ona to rozumiała, a mimo to wciąż nie potrafiła z tym żyć. A Lily? Już wiedziała co robić. Była jego przyjaciółką. I dalej będzie. Nie pozwoli, by to, co stało się bez jego woli, tworzyło mur między nimi. To nie jego wina. Zresztą... już od dawna miał to ‘schorzenie’, a jednak świetnie jej się z nim rozmawiało, żartowało. Był niezastąpionym kompanem. I dalej będzie, bo w końcu nie zmieniła się jego osobowość.
Pojedyncze kropelki poczęły ozdabiać nagie ramiona dziewczyny. Jej ręce wędrowały po ciele, jakby chcąc wmasować w nie te błyszczące, wodne diamenciki. Potarła delikatnie swoje rozgrzane policzki. Deszcz rozpadał się na dobre. Spoglądając na te spadające z nieba, rozkosznie migoczące w powietrzu kropelki, w sercu Lily rósł entuzjazm. Wyciągnęła ręce do góry. Zeskoczyła z kamienia i obróciła się wokół własnej osi, rozkładając szeroko ramiona. Roześmiała się głośno. Deszcz ją uzdrawiał. Dziewczyna wracała do swoich sił. Życie jest takie piękne! Zielonooka wykonała szalony taniec, śmiejąc się w niebogłosy.
- No proszę... Pani prefekt ma w sobie krztynę człowieka, że potrafi tak szaleć?
Dziewczyna zatrzymała się patrząc z uśmiechem na czarnowłosego chłopaka, stojącego przed nią. Mokre kosmyki włosów rozkosznie przylegały do jej twarzy.
- Jesteś taka śliczna... – powiedział chłopak podchodząc do niej.
- Och... zamknij się!
Rudowłosa chwyciła go za ręce i zakręciła się wraz z nim. Usłyszała jego śmiech. Chłopak okręcił nią i przechylił na ręce. Spojrzał głęboko w oczy.
- Umówisz się ze mną?
- Ty to zawsze musisz cos zepsuć! – powiedziała dziewczyna. Wyswobodziła się z jego objęć i dodała: - Może... jak mnie dogonisz!
Zaczęła biec, klucząc pośród trawy i śmiejąc się głośno. Potter ruszył za nią, przeskakując wszystkie wzniesienia. Gonili się po całych błoniach, z uśmiechami na twarzach.
- Nigdy mnie nie dogonisz! – zawołała Ruda przez ramię, śmiejąc się rozkosznie.
- Nigdy nie mów nigdy, mała!
Rogacz przyspieszył. Mokre ubranie kleiło się do jego ciała, a zwykle rozczochrane włosy opadły na czoło.
- Nie jestem mała, chłopczyku!
W tym momencie dziewczyna potknęła się i ledwo utrzymała na nogach. James przewrócił ją błyskawicznie i wylądował całym ciałem na jej szczupłej sylwetce. Śmiali się już otwarcie, patrząc sobie prosto w oczy. Cali zdyszani, ledwo łapali powietrze. Lily trzęsła się ze śmiechu.
- Nie jestem chłopczykiem, kochanie... – szepnął jej do ucha.
- Ani ja twoim kochaniem – odpowiedziała zadziornie.
Podniosła rękę i poczochrała chłopakowi włosy. Zaśmiała się.
- Teraz lepiej! Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedyś dotknę twoich włosów!
- Zbyt wielki zaszczyt?
- Zbyt wielka hańba! – wybuchła śmiechem.
Leżeli chwilę w milczeniu, wciąż w tej samej pozycji. Potter upajał się każdą sekundą spędzoną z rudowłosą.
- Może ze mnie zejdziesz, co?
Brunet położył na jej ustach swój palec, szepcząc delikatnie: „Ciiii...” Jego dłoń powędrowała na jasne czoło dziewczyny, odgarniając z niego rude kosmyki. Subtelnie przejechał opuszkami po jedwabnej skórze, powodując dreszcze na jej ciele. Delikatnie pocałował czoło zielonookiej.
- To co? Umówisz się ze mną? – szepnął.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Złaź ze mnie, kretynie!
- Czy ty zawsze musisz być taka niedostępna?
- Dla ciebie tak! Zejdź ze mnie, do cholery!
- Jak się ze mną umówisz!
- Co to, szantaż? Jak zaraz nie zejdziesz, to mnie popamiętasz na długo, Potter!
Deszcz lał obficie na ich rozgrzane biegiem ciała. James spojrzał na nią z czułością.
- Musisz coś dla mnie zrobić. Obiecaj!
- Chyba śnisz! Skąd mogę wiedzieć, czego ode mnie chcesz?
- Chcę chwilę jeszcze z tobą poszaleć. To jak?
- Czy ja wiem...
Chłopak wstał i pociągnął ją za rękę. Zanim zrozumiała zamiary Huncwota, już szybowała w powietrzu, czując w talii jego gorące ręce. Zaśmiała się głośno.
- Zwariowałeś? James!
- Nie bój się! – odkrzyknął, obracając się wokół własnej osi.
Lily piszczała i śmiała się na przemian. Jej ręce powędrowały do góry, łapiąc kropelki deszczu.
- Puść mnie już, wariacie! – krzyknęła ze śmiechem. – Bo się znów przewrócimy!
- Tylko o tym marzę – odpowiedział wesoło Huncwot, jednak po chwili zwolnił tempo, chwytając dziewczynę na ręce.
Znów spojrzał głęboko w te piękne oczy. Rudowłosa jednak szybko wyswobodziła się z jego objęć i stanęła na nogach. Uśmiechnęła się szeroko.
- Jesteś szalony!
- Ty jeszcze bardziej! Lily, proszę, umów się ze mną!
- Może kiedyś indziej...
- Proszę... błagam! – chłopak padł na kolana, wyciągając ku dziewczynie dłonie.
- Mogę najwyżej wejść z tobą do Wielkiej Sali – zaśmiała się. – Ale jak natychmiast wstaniesz!
James wstał jak poparzony.
- O nie! To za mało! Zatańcz ze mną na deszczu!
- Och... co ja z tobą mam! Nie, absolutnie! Koniec zabawy!
Ruda ruszyła do zamku. Nie uszła nawet kilku kroków, nim brunet złapał ją za ręce, kręcąc się wraz z nią.
- Mówiłam, nie! – wrzasnęła Lily.
- Tylko chwilę!
Obydwoje się zaśmiali, wirując pośród smug deszczu.


* * *



- ... głupia, Lordowi Voldemortowi nikt się nie sprzeciwia! Ty też nie będziesz! – rozległ się szyderczy szept. – Pozostawiam ci jednak wybór: służba najpotężniejszemu czarodziejowi, wielka sława, czy może haniebna śmierć?
- Wolę umrzeć!
- Zastanów się. Aż trudno patrzeć jak marnujesz swoje życie. Dla kogo? Dla tego nędznego Dumbledore’a? Nie warto Werder, nie warto! – mówił powoli, jakby rozkoszując się widokiem leżącej u jego stóp kobiety.
- Ty potworze! Zginiesz z jego rąk i nikt nie będzie cię żałował! Nikt!
- Zamilcz! Może ból cię czegoś nauczy... Crucio!
Czerwone oczy spoglądały z pogardą na wijącą się na posadzce kobietę. Przeszywający krzyk, krzyk bólu, który dotykał każdą część jej ciała, rozległ się po całym pomieszczeniu, docierając do najciemniejszych zakamarków. Kobieta wzniosła błagalne oczy ku niebu. Paraliżujący ból nie pozwalał jej spokojnie myśleć. Po głowie błąkały się nie złączone, niezrozumiałe słowa. Błagając, by przestał, kobieta miała przed oczami smukłą, zawsze uśmiechniętą nastolatkę. Jęknęła bezgłośnie. Nie miała już siły. Jej usta otworzyły się, chcąc wydać okrzyk bólu. Nie wydobył się z nich jednak żaden dźwięk. Tylko bezsilny szept, którego zapewne nikt nie usłyszał: „Samantha...”
- Wystarczy – Voldemort machnął różdżką, chwilowo przerywając cierpienie kobiety. – Chyba nie zamierzasz zginąć z głupoty? Szkoda by było tak utalentowanej czarownicy...
Wyczerpana kobieta posłała mu tylko zawistne spojrzenie. Leżała, nie mogąc się poruszyć. Ostatkiem sił otworzyła usta i szepnęła:
- Jak ja cię nienawidzę...
Voldemort zaśmiał się piskliwie. Werder poruszyła się nieznacznie, jednocześnie kładąc się na podłogę z bólem wymalowanym na twarzy.
- A więc giń! Giń z świadomością, że twoja śmierć nikomu nic nie da! Avada Kedavra!


Pod osłoną nocy rozegrał się dramat szesnastoletniej dziewczyny, której matkę zamordował Lord Voldemort. Mimo obecnie spokojnego snu, więź, która łączyła ją z rodzicielką nie pozwoliła trwać w niewiedzy. Samantha poruszyła się niespokojnie podczas snu, szepcząc bezgłośnie imię matki. W głowie słyszała krzyk, jej krzyk.

Tej nocy śmierć otuliła swym płaszczem tylko jedną duszyczkę. Kobieta zginęła, okrywając się sławą wśród tych, dla których oddała życie. Wiele łez wylano nad jej ciałem. Voldemort jednak nie poprzestał na jej domu. Jeszcze tej ciemnej, strasznej nocy zawitał w kilku domostwach czarodziei. Nikt jednak nie zginął. Wszyscy poddali się woli Czarnego Pana, na zawsze oddając się w jego ręce. Byli już tylko narzędziami w jego dłoniach. Dlaczego? Czy to strach tak rujnował im życie? Tom Riddle zawsze miał dar przekonywania. Potrafił zmusić ludzi do czynienia najgorszych rzeczy. Jednak tym razem posługiwał się nie swoim urokiem osobistym, a umiejętnością siania postrachu. Skutecznie.


* * *



Jacklyn rozciągnęła się z rozkoszą. Uśmiechnęła się szeroko, spoglądając na okno, przez które wlewały się do dormitorium jasne promyki. Wsunęła stopy w miękkie kapcie i ruszyła w stronę łazienki, zręcznie omijając sterty ubrań, leżące na ziemi. Wzięła długi, przyjemny prysznic, relaksując się po nocy. Po chwili jednak jej uśmiech pobladł. Dotarło do niej, że jej dzisiejszą pierwszą lekcją jest zielarstwo. Nie wiedziała już co myśleć o tym chłopaku... o Peterze Pettigriew. Coś ją do niego ciągnęło, mimowolnie przy każdym posiłku spoglądała w jego stronę. Zawsze spotykał ją zawód. Chłopak nie potrafił nawet się uśmiechnąć. Unikał jej spojrzenia, z zupełnie niewiadomego powodu. Tak jakby się jej bał. Dziwne... Często wychwytywała jego przelotne spojrzenia i tylko one potrafiły utrzymać ją na duchu. Wiedziała, że coś dla niego znaczy. Ale co z tego, jeśli nawet głupiego: „cześć” nie mógł jej powiedzieć. Zachowywał się jak dziecko. Więc co ją do niego ciągnęło? Jacklyn nie mogła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Dręczyło ją coraz częściej. Przez głowę przechodziły jej słowa, których nie chciała przyjąć, nie potrafiła. Że to zauroczenie... że to coś więcej niż przyjaźń. Niemożliwe!
Jednak mimo swoich przemyśleń, stojąc przed szafą, zastanawiała się, co ubrać. Jak mu się przypodobać? W czym się pokazać? I chociaż starała się sobie wmówić, że po prostu chce ładnie wyglądać, w głębi serca wiedziała, że nie będzie szczęśliwa, jeśli nie poczuje na sobie jego wzroku.
Po kilku minutach wyszła z pustego już dormitorium i od razu skierowała się do cieplarni. Usiadła na podłodze i czekała na resztę uczniów z jej domu. Wszyscy byli na śniadaniu, ona jedna nie poszła do Wielkiej Sali.
Powoli zaczęli się schodzić Gryfoni i Krukoni. Nikt nie zwracał uwagi na siedzącą nieopodal, pulchną dziewczynę. Nikogo ona nie obchodziła. Nawet jej głośne westchnienie, pełne smutku, tęsknoty za zwykłą rozmową, nie zostało usłyszane.
- Cześć – rzuciła na wydechu Jess.
„A jednak ktoś mnie jeszcze zauważa... – pomyślała Jacklyn”. Współlokatorka jednak nie zatrzymała się przy Bever, tylko ruszyła dalej, w stronę koleżanek z pokoju. Jacklyn ponownie westchnęła.
Poczuła na sobie czyjś wzrok. Momentalnie odwróciła się, patrząc w oczy chłopakowi o mysich włosach. Uśmiechnęła się delikatnie, jednak on patrzył dalej, jakby zapominając że, istnieje jeszcze coś takiego jak zwykły, koleżeński uśmiech. Jakby nie wiedział, ile taki uśmiech znaczy dla tej dziewczyny.
Odwrócił wzrok, jednocześnie sprawiając zawód szesnastoletniej Krukonce. Kolejny tego tygodnia. Dziewczyna kompletnie go nie rozumiała.
- Dzień dobry kochani, dziś cieplarnia numer trzy! – rozległ się wesoły głos profesor Sprout.
Uczniowie ruszyli za nią. Jacklyn szła bardzo powoli, nie zwracając uwagi na nic. Wszyscy mijali ją bez słowa. Spojrzała na idącą za nią grupkę Gryfonów, wesoło śmiejących się do siebie. Wśród nich szedł on, cichy, spokojny, jakby nie orientujący się w tym, co mówili ich towarzysze. Minęli ją nie zaszczycając ani jednym spojrzeniem. Być może jej nie zauważyli. W ostatniej chwili Peter odwrócił się i spojrzał na Bever swymi wodnistymi oczami. Ciche mruknięcie: „cześć”, które z ledwością usłyszała Jacklyn, nie wystarczyłoby żadnej innej dziewczynie. Jej jednak wystarczyło. W odpowiedzi uśmiechnęła się nieśmiało, odpowiadając równie cicho: „cześć”.
- Jacklyn idziesz? – zawołała Jess, machając ręką przed oczami Krukonki.
- No jasne – odpowiedziała z uśmiechem, spiesząc za koleżanką.
„Może nie jest aż tak źle... – pomyślała”.


* * *



Drzwi sowiarni zaskrzypiały delikatnie, ustępując miejsca dwóm chłopakom. Przeszli cicho przez wrota, prawie się skradając. Słońce świeciło im prosto w oczy, nie pozwalając wyjrzeć przez okno, bez mrużenia oczu. Odwrócili się do ściany i spojrzeli na siebie.
- Przeczytaj to jeszcze raz – mruknął szatyn, uśmiechając się lekko.
- Kretyn! Co ty, treścią sie upajasz?! Może w ogóle nie odpiszą...
- Nie mów tyle, na pewno jest tam jeszcze jakiś błąd. Musimy być ostrożni...
- Dobra wygrałeś...

Kochani Rodzice!
Dawno nie pisałem, muszę się więc jakoś zrewanżować. Co u was słychać? Pewnie wam smutno beze mnie, co? Niedługo się zobaczymy, bo pewnie przyjadę na święta. Chyba że załapię jakiś świąteczny szlaban... Ale postaram się być w miarę grzecznym.
Ostatnio miałem wrażenie, że coś ukrywacie... Takie całkiem dziwne uczucie, jakbyście zapomnieli mi o czymś powiedzieć... Albo nie mogliście... Jest coś takiego?
Dumbledore też ostatnio dziwnie się zachowuje. Może wietrzy jakieś problemy? Chciałbym się czegoś dowiedzieć!
W szkole jak najlepiej, rekordu szlabanów jeszcze nie pobiłem (nie martw się tato, to tylko kwestia czasu), ale idzie mi to całkiem nieźle... Razem z Syriuszem mamy świetny ubaw! Oczywiście o nauce nie zapominamy, a jakże!
Bywajcie zdrowi i odpisujcie szybko! Nie wierzę, by było coś, o czym nie moglibyście powiedzieć swojemu synkowi....

Wasz syn James


- No, całkiem nieźle... Te ostatnie zdanie może ich przekona do wyjawienia szczegółów Zakonu...
- A jeśli nie?
- To spróbujemy jeszcze innymi sposobami!
- Pewnie nam ich nigdy nie zabraknie – uśmiechnął się Rogacz, przywołując do siebie brązową sowę.
Przywiązał jej do nóżki liścik. Razem patrzyli jak oddala się, mrużąc oczy od jaśniejącego słońca. Ciemny punkcik malał z każdą chwilą, aż w końcu zniknął na horyzoncie.

* * *



- Dobra dziewczyny, co robimy pierwsze?
- Lily, zlituj się! Nie ma już nic lepszego od pracy domowej?
- Tak myślałam... Trudno, będziecie potem robić same... – Evans uśmiechnęła się chytrze.
- Aaa... Może jednak zrobimy zadanie? W końcu nikogo ciekawego nie ma w pobliżu... – westchnęła zrezygnowana Dorcas, spoglądając z żalem na swojego chłopaka.
Trzy szesnastoletnie dziewczyny wyciągnęły pergaminy i pióra, by po chwili rozpocząć wertowanie podręcznika z eliksirów.
Ziewając i wzdychając po niecałej godzinie stworzyły coś podobnego do wypracowania o własnościach krwi jednorożca.
- Wiedziałem! Rok szkolny ledwo się zaczął, a one już się uczą! – zawołał triumfalnie Syriusz.
- A co w tym złego? – mruknął Remus.
Chłopak znacznie ucichł ostatnio, już nie był tak skory do żartów. Wszystkie jego myśli zajmowała wysoka Gryfonka, która jakby zapomniała o jego istnieniu. Tylko przelotne spojrzenia, pełne żalu, tęsknoty... Lunatyk nie potrafił jej zrozumieć.
- Dla twojej wiadomości, Black, rok szkolny zaczął się ponad miesiąc temu, ale ty, jak widać, tego nie zauważyłeś! – odpowiedziała sarkastycznie Lily.
- Miesiąc temu! – żachnął się chłopak – To tyle co nic! A zresztą... szczęśliwi czasu nie liczą, nie Rogaś?
- No prawie, Łapa... Nie jestem całkiem szczęśliwy, o czym najlepiej wie Lily... – dziewczyna prychnęła - ...ale szczęście jeszcze o mnie pamięta, na przykład dzisiaj rano mnie odwiedziło... – powiedział chłopak i mrugnął od rudowłosej.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.
- Ej! – Dorcas szturchnęła Rudą. – Czy jest coś, o czym zapomniałaś nas łaskawie powiadomić?
- Ależ skąd! Po prostu byłaś zbyt zajęta – odpowiedziała wymownie Lily, patrząc na Czarną z uśmiechem.
- Ciekawe kim... – mruknęła z przekąsem.
- No jak to kim? Mną! – zawołał Syriusz, po czym przyciągnął dziewczynę do siebie i krótko pocałował.
- Ej, tu są ludzie! Nie jesteście sami! – odezwał się z uśmiechem James.
Młodzi zaśmiali się. Dorcas oparła się wygodnie o swojego chłopaka, kładąc mu swoją głowę na kolana. Syriusz delikatnie pogładził jej włosy.
- Pamiętacie ten kawał w Wielkiej Sali, kiedy Smark i reszta przykleili się do krzeseł? – spytał Peter.
- Nie można tego zapomnieć – mruknęła z przekąsem Lily.
- Myślałem, że nie wytrzymam, jak zobaczyłem naszego kochanego Smarka, z krzesłem na tyłku! – zaśmiał się Black.
Gryfoni wybuchli śmiechem. Przekomarzając się wesoło, przegadali cały wieczór, przy wesoło huczącym ogniu w kominku.


* * *



Samantha szła dziarskim krokiem po schodach. Dręczyło ją dziwne uczucie. Zupełnie tak jakby... stało się coś złego. A ona o tym nie wiedziała, albo przeoczyła to zdarzenie. Czuła się dziwnie, jakby była winna, tylko nie wiedziała za co. I to uczucie nie podobało jej się bynajmniej.
„Daj spokój, Samantho! – ofuknęła się w myślach. – Zachowujesz się jak dziecko, boisz się czegoś, co tak naprawdę się nie wydarzyło!” Przywołała na twarz uśmiech i skierowała się ku wyjściu. Jednak nie dane było jej dojść na błonia.
Gryfonka minęła zakręt i omal nie wpadła na samego profesora Dumbledore’a.
- Przepraszam bardzo, panie profesorze!
- O, Samantha... – dyrektor był dziwnie zamyślony. – Chodź, proszę, do mojego gabinetu.
Dziewczyna posłusznie ruszyła za nim, myśląc gorączkowo. Czy za zwykłą nieuwagę na drodze ma dostać szlaban? To niepodobne do Dumbledore’a.
Stanęli przed himerą.
- Lukrowane różdżki. – mruknął profesor. Samantha patrzyła, jak himera powoli zmienia swoją pozycję, ukazując drzwi.
Dumbledore przeszedł przez nie pochylając lekko głowę. Nastolatka powlokła się za nim, rozglądając się ponuro. Kręte schody zdawały się nie mieć końca. W końcu jednak doszli do gabinetu. Profesor wskazał dziewczynie fotel, po czym sam usiadł za biurkiem. Spojrzał na Samanthę zza swoich okularów-połówek. Westchnął.
- Pewnie zastanawiasz się co tu robisz?
- Nie zaprzeczę... – odpowiedziała niepewnie.
- No właśnie... może jednak zamiast słowami posłużę się moim wyobrażeniem, moimi własnymi myślami...*
Gryfonka spojrzała na niego ze zdziwieniem. Dyrektor jednak bez słowa otworzył szafkę i wyciągnął z niej tajemnicze, kamienne naczynie. Dziewczyna nawet nie pytała co to jest – w tej chwili interesowało ją tylko to wspomnienie, najwyraźniej bardzo dla niej ważne. Nie myślała jednak, że również bardzo brutalne, straszne i jednocześnie budzące trwogę. Nie wiedziała, że z rozpaczy po obejrzeniu będzie obiecywać straszliwe rzeczy.
Dumbledore dotknął różdżką powierzchni srebrzystej mazi, znajdującej się w naczyniu. Przed ich oczami ukazała się mglista postać... dwie postacie, z tym, że jedna leżąca na posadzce. Samantha ze strachem rozpoznała w niej swoją matkę.
Widziała... Widziała okrutną śmierć własnej matki. Ciemność spowiła jej umysł, nie pozwalając trzeźwo myśleć. Była jak w transie, nieprzytomne oczy wędrowały po widmach, zatrzymując się na oprawcy. Przeraźliwie chudym, o czerwonych, siejących postrach oczach i okropnych, pionowych źrenicach. Chciała się cofnąć, ale nie mogła. Nie potrafiła...
Jej matka... jej własna matka... kobieta, przy której boku szła przez dzieciństwo... Potrafiła przywołać uśmiech na twarz córki. To od niej Samantha nauczyła się optymizmu, tego wiecznego, niezależnego... Nauczyła się szanować życie... cieszyć się każdą chwilą... Kochała rodzicielkę całym swoim sercem. Najmocniej jak potrafiła... Mgliste oczy, nieobecne, niewidzące, zmrużone, widziały kobietę... Nie leżącą na posadzce, z bólu nie mogącą się podnieść, ale uśmiechniętą, wśród pól, łąk, lasów... Gdzie świeciło na nią promienne słońce... Gdzie była szczęśliwa...
Koszmar skończył się, pozostawiając ból, niesamowity ból, który nie pozwalał pozbierać myśli. Nie widząc nic przed sobą, nie słysząc słów profesora, wstała z fotela, nawet nie wiedząc, co robi. Żal, osamotnienie, wściekłość i gniew szarpały dziewczyną tak, że zapomniała o innych uczuciach. Oczy były jednak suche. Mimo tęsknoty, mimo ogromnej miłości do rodzicielki, nie uroniła łez. Do czasu.
Wybiegła. Jak tylko najszybciej potrafiła. Pęd powietrza gładził jej policzki, malując je na blado. Bieg wyzwolił ją od wypełniającego bólu. Oczyma wyobraźni widziała matkę, leżącą na zimnej posadzce, bezładną... Zimne łzy pociekły powoli po jej policzkach, tworząc ścieżki... Ścieżki załamania, tęsknoty... Takie same zostały wyryte na jej sercu, na zawsze pozostawiając pustkę po rodzicielce.
Nie wiedziała gdzie jest. Nic jej to nie obchodziło. Wokół siebie nie widziała nic, tylko przerażającą ciemność. Ciszę rozdarł jej rozpaczliwy krzyk. Dziewczyna upadła na mokrą trawę, topiąc w niej swoje łzy, swoje smutki.
Leżała, nie wiedząc ile, nie wiedząc gdzie. Liczyła się tylko matka i to, że już nigdy jej nie zobaczy, już nigdy się do niej nie uśmiechnie... Nie powie ani słowa, nie przytuli... nie pocieszy...
Jakby chora z gniewu, który nagle ją wypełnił, klęczała pośród darni, krzykiem pobudzając ptaki do lotu. Rozpacz malowała się na jej twarzy. Czuła, że musi się zemścić. Nie popuści, nigdy! Odda mu tyle samo bólu ile on ofiarował jej.
- Jeszcze mnie popamiętasz... Nigdy ci tego nie daruję... Słyszysz?! Znajdę cię choćby na końcu świata i zniszczę! Nienawidzę cię!
Wyczerpana usnęła na trawie, czując łzy na policzkach. Zimne, słone krople powoli zasychały. Jednak rany na sercu pozostały i długo pozostaną...


* * * * *


* EDIT... Z początku było tam wspomnienie naocznego świadka, ale stwierdziłam, że to niemożliwe, by jakiś tam był. Po namyśle zmieniłam fabułę, za co was, kochani, przepraszam! Tak chyba lepiej, co?
"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:











K S I Ę G A
wpiszesz? czy obejrzysz?

J A



O mnie
Dodaj do ulubionych

A R C H I W U M

2006
lipiec (8)
sierpien (4)
wrzesień (1)
październik (3)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (2)
marzec (1)
maj (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)

2009
styczeń (2)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
lipiec (3)
sierpien (4)
wrzesień (2)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (6)

2010
styczeń (4)
czerwiec (1)



U L U B I E N I

oceny-fanfictionhermiona-kocham-cieevans-kocham-cierudziastothe-carrowslilenkakocham-jamesalegilimentsliitium

L I N K I

Ci, co oceniają
Powiem Ci prawdę!
Oceny Huncwotków!
Oceny wilków!
Ocenialnia TC - SUM
Zabójcza ekipa!

Dzieje pełne magii... Z czasów Harry'ego
Malfoy's Manor - perypetie związane z nazwiskiem Malfoy!
Życie rodziny Krum - Hermiony Wiktora i...
Mały Potter!

Czasy Huncwotów
Lilya... Ślicznie!
Nadine i Alex - blog wciąga strasznie ;D Polecam!
Czarująca Lily Evans - wchodźcie!

Magiczne na swój sposób
Liitium - fantastyczne opowiadania!
Siwara - czyli piękna opowieść o Ewie i tajemniczym Piotrze.
Cudowne wiersze!





Szablon zrobiony przez
Dorcas.
dla kochanej Agnieszki :*. Nie kopiuj!