Obiecałam i oto jest. Równe dwa tygodnie od ostatniej notki. Chociaż tylko jednej osoby jestem pewna, że przeczytała tą obietnicę (bo wiecie, że rzadko obiecuję takie rzeczy, bo zwykle się nie wyrabiam), mam jednak ogromną nadzieję, że tych czekających na notkę było dużo więcej. Nie zamęczam Was już i zapraszam do czytania.
* * * * *
- Mamo! – zawołała Lily wesoło.
- Co chcesz? – odpowiedziała, nie odwracając się.
Obydwie krzątały się w kuchni, już po świątecznym obiedzie, przygotowując przepyszne słodkości na podwieczorek. Mama właśnie mieszała ogromną łyżką brunatną masę, czekającą tylko na rozlanie jej po blasze.
- Popatrz tylko.
Matka odwróciła głowę. Lily mocno dmuchnęła w rękę pełną mąki. Stronę rodzicielki podleciał kłąb białej mgiełki, osiadając na jej włosach i twarzy. Wyglądała niesamowicie komicznie. Lily zaśmiała się.
- Och, nie wiem, kiedy ty z tego wyrośniesz – matka pokręciła głową, uśmiechając się jednak.
- Wierz mi, przy Jamesie i Huncwotach takie żarciki wchodzą w nawyk!
Obydwie wybuchły śmiechem. Lily, korzystając z nieuwagi mamy, szybko zanurzyła palec w brązowej masie i oblizała ze smakiem.
- Oo! – mama pogroziła palcem. – Tu nie zrzucisz winy na Huncwotów, bo od małego tak robisz!
- Czasem nie mogę się powstrzymać. – Zielonooka uśmiechnęła się.
Pani Evans też zanurzyła palce, po czym musnęła nim nos swojej córki. Razem zaśmiewały się głośno, kiedy rudowłosa próbowała językiem zlizać grudkę.
- Brakuje mi ciebie, kruszynko. Zbyt długo trwa Hogwart. – w przypływie impulsu przytuliła Gryfonkę.
- Mi też czasem, ale chyba nie jest tak źle? Piszemy listy, spotykamy się na święta i na wakacje. Kto wie, czy będąc co dzień blisko, nie bylibyśmy od siebie bardziej oddaleni?
Matka poczochrała Lily po głowie.
- Ty mądralo! – przytuliła jeszcze raz.
- Tata mówił, że przydałaby się wam pomoc! – jak burza do kuchni wpadła Petunia. Mina jej zrzedła, gdy zobaczyła przytulone do siebie kobiety. – Ale nie wiem, czy jest w czym pomagać – dodała.
- Och, byłoby świetnie, jakbyś z nami dokończyła ciasto! – zawołała mama z zapałem, nie zwracając uwagi na minę córki.
- No szczerze mówiąc miałam napisać do Vernona, ale może się poświęcę - mruknęła.
- Świetnie! Weź kochanie margarynę i wysmaruj blachę. Lily chyba w Hogwarcie zapomniała jak to się robi – spojrzała wymownie na córkę.
- Nieprawda! – zaperzyła się. – Bardzo często odwiedzamy z dziewczynami kuchnię skrzatów i razem z nimi urządzamy słodkie uczty! A czego to tam nie ma! Chyba...
- Słuchaj, nie wszystkich interesuje, co porabiasz w tej twojej szkole – ucięła lodowatym tonem Petunia.
- Och... wybacz, zapomniałam, że ty ciągle nie możesz tego przełknąć.
Zapadło krępujące milczenie.
- Chyba pójdę do taty. Mówił, że koniecznie chce jeszcze zagrać ze mną w karty – Lily wymusiła na sobie uśmiech i jak burza wybiegła z kuchni.
* * * * *
James cicho przemknął przez pokój, zbliżając się do łóżka Syriusza. Chichocząc, wyjął z kieszeni wielki gwizdek. Dmuchnął w niego z całej siły, przeraźliwym dźwiękiem niemal wyprawiając przyjaciela na drugi świat. Zarechotał, trzymając się za brzuch, podczas gdy Black klął, zatykając sobie uszy. W jego oczach paliła się żądza zemsty. Roześmiany od ucha do ucha Potter krzyknął:
- Wesołych świąt, staruszku!
Znów zatoczył się ze śmiechu. Usiadł na swoim łóżku i wpatrywał się w przyjaciela. Ten spokojnie, bez żadnych oznak złości, oglądał prezenty, leżące u jego stóp. Rogacz wzruszył ramionami i również spojrzał na swoje. Cóż to była za kupka! Ledwo jednak, na nowo podekscytowany, jak dziecko, sięgnął po pierwszy z brzegu pakunek, z potężną siłą uderzyła w niego wielka poducha. Niemal położył się z wrażenia, szybko jednak się wyprostował.
- Aa... więc tak się bawimy? Nie ma sprawy, Łapciu. Dla ciebie zawsze... – tu cisnął poduszkę z powrotem z niesamowitą zaciekłością – do usług.
Wyszczerzył zęby.
- Ależ kochany Rogasiu, nie mogę być ci dłużny – odparł spokojnie Syriusz, odrzucając długą grzywkę.
Całkiem niespodziewanie zamachnął się po raz kolejny. Nie na darmo był ścigającym, świetnie trafiał do celu. Rozwichrzona fryzura Jamesa teraz przedstawiała istny sajgon.
Rozpętała się prawdziwa bitwa. Poduszki latały tam i z powrotem, im dłużej to trwało, tym więcej pierza fruwało wokół. Taka była ich zasada, bitwy nie można zakończyć, póki w poduszce jest choć jedno piórko. Tego nigdy nie akceptowała pani Potter. Ale warto było dla tych kilku chwil następne parę godzin przesiedzieć, wpychając pierza z powrotem i szyjąc.
Black z krzykiem runął na Jamesa, przygniatając go swoim ciałem.
- Ha! Mam cię! Tym razem to ja zwyciężyłem!
Zaśmiał się triumfalnie i dodał:
- Trzeba było nie budzić mnie takim sposobem.
Odwrócił się i jak aktor przemaszerował przez pokój do swojego łóżka. James zaśmiał się głośno i pokazał Łapie język. Potem, wśród wciąż jeszcze wirujących w powietrzu piór, chwycił prezenty i po kolei otwierał. Razem z Syriuszem mieli mnóstwo zabawy, pokazując sobie różne podarki. Obydwóm jednocześnie wpadły do rąk prezenty, adresowane specyficznym pismem Lily. James czuł, że lekko drżą mu ręce. Nie był pewny, czy dziewczyna w ogóle będzie o nim pamiętać. A jednak wysłała. Może... Koniec!
Syriusz już trzymał w ręku kieszonkowe lusterko, obracając je i studiując. Z tyłu miało doklejoną kartkę z napisem:
”Bystry jesteś, może się domyślisz, o co w tym chodzi. Jeśli nie, poczekaj, aż spotkamy się w Hogwarcie. Wesołych Świąt. Lily”
Zaintrygowany spojrzał na Jamesa. Ten trzymał w ręku dokładnie takie same lusterko, wpatrując się w nie z niedowierzaniem.
- Też napisała ci, że dowiesz się w szkole?
James zamrugał i spojrzał na Łapę. Zmiął w prawej ręce papierek i schował do kieszeni, co nie umknęło uwadze Syriusza.
- Co?
- Ehh. Czy Lily – mówił bardzo wyraźnie, jak do wolno myślącego dziecka – także napisała ci w liściku, że jeśli się nie domyślisz... Nadążasz? Jeśli się nie domyślisz, to dowiesz się w szkole?
- Tak, idioto. – Potter wysunął język.
- Dobra, a teraz bez owijania w bawełnę, co ci naprawdę napisała? – dodał Black poważnym tonem.
- O... o czym ty mówisz?
- O wielkanocnym króliku! A jak myślisz, o czym? Może o tej kartce, którą schowałeś do kieszeni?
- A! O tym! Trzeba było od razu mówić.
- I kto tu jest idiotą – mruknął pod nosem, wyciągając rękę po świstek.
- Co mówiłeś?
- Że twoja inteligencja przewyższa wielu – nawet nie mrugnął.
- Łapciu, bez urazy, ale to chyba nie jest list, który powinieneś przeczytać... – powiedział James ostrożnie.
Black siedział chwilę, myśląc.
- A nie potrzebujesz w końcu tej poważnej rozmowy, na którą już się od dłuższego czasu szykowało?
James uśmiechnął się pod nosem.
- Pewnie masz rację. Ale wieczorem. Trzeba stworzyć romantyczny nastrój – puścił oczko. – Oj, pamiętam ostatnią ‘poważną’ rozmowę. Skończyło się na tym, że przez tydzień bolał mnie brzuch ze śmiechu.
- - No wiesz, powaga to nie jest twoja mocna strona. W przeciwieństwie do mnie – Black nonszalancko zarzucił nogę na nogę.
- Taa, tamtego wieczoru prawie popuściłeś w spodnie, tak byłeś poważny.
Syriusz zamachnął pustą poszewką.
- Masz szczęście, że nie można już tego nazwać poduszką, bo mocno byś oberwał, a teraz pokaż mi już ten liścik.
- Tylko ostrożnie. Kto wie, czy nie jest to jakaś bomba? Lily jest zdolna do wszystkiego – szepnął ze śmiertelnie poważną miną, podając Łapie świstek.
Black tylko się zaśmiał.
A więc... cześć.
To już szósta kartka, którą piszę, jej poprzedniczki, zgniecione, leżą już w koszu. Ciężko było mi cokolwiek napisać. Bo przecież mogłabym się nie wysilać, życzyć tylko Wesołych Świąt i uważać prezent za wykończony. A jednak czuję potrzebę rozmowy, póki co pisemnej, być może w przyszłości słownej, nie mam pojęcia.
Z pewnością nie wierzysz w sny prorocze, chociaż kto tam wie, co się kryje w Twojej głowie. Ale ja uwierzyłam. Do tej pory nie mam pojęcia, czy zrobiłam dobrze, czy mam słuszność w odczytaniu tego snu, ale wtedy kierowały mną emocje. Myślę, że należą Ci się przeprosiny. Definitywnie potwierdziłam sobie Twój negatywny udział w śnie i nawet mi przez myśl nie przeszło, że mogłoby być inaczej. Również za to przepraszam.
Ale myślę, że dobrze się stało. Potrzebowałam chwili wytchnienia, spokoju, czasu, w którym mogłabym poukładać swoje sprawy i posegregować. Życie dało mi czas i myślę, że dobrze go wykorzystałam. Dziękuję, choć pewnie nie masz w tym wielkiego udziału.
Nie wiem, czy potrafiłabym spojrzeć Ci w oczy, dlatego pewnie uciekam się do formy listowej. Jestem tchórzem, nie zaprzeczam temu. Boję się, bo nie wiem, co bym w nich ujrzała. Nawet teraz nie wiem, czy w szkole będę potrafiła normalnie z Tobą, z Wami rozmawiać. Ale chyba wszystko jest na dobrej drodze.
Życzę Ci Wesołych i pełnych życzliwości Świąt, uśmiechu na twarzy, wiecznie poczochranych włosów, wielu pomysłów na kawały i... miłości. Od tej, którą darzysz uczuciem...
Baw się dobrze na balu z Sam.
Lily.
Ps: Lusterko to bardzo ciekawy przedmiot. Jesteś inteligentny, może się domyślisz, jaka jest jego funkcja. Jestem pewna, że w Twoich rękach nie będzie bezużyteczne. Jeśli jednak nie będziesz wiedział, co ono potrafi – przykro mi, dowiesz się w szkole.
Raz jeszcze Wesołych i spokojnych Świąt – Lily.*
- Ooo... – mruknął tylko Syriusz.
* * * * *
Z delikatnym westchnieniem rzuciła się na łóżko. Jej miedziane włosy rozsypały się po poduszce, a ciemnozielone oczy zakryła powiekami. Cudowny dzień wrócił do niej, pozwalając jakimś cudem przeżyć się jeszcze raz. Tylko coś ciągle przerywało. To coś kazało Lily podejść do biurka i z bijącym sercem wyciągnąć owo małe pudełeczko, którego rano nie zdążyła – lub nie chciała zdążyć – otworzyć. Teraz za to czekało na nią, gotowe do odkrycia tajemnic swego wnętrza i tylko czekało na gest właścicielki. Zielonooka delikatnie wzięła je do ręki. Było leciutkie, z czerwonego aksamitu, zaćmiewało swą urzekającą urodą. Delikatnie wpiła paznokcie w szparkę i otworzyła. W środku na beżowym obiciu leżał srebrny łańcuszek i zawieszony na nim wisiorek również w kształcie serduszka. Dziewczyna westchnęła. Łańcuszek był taki śliczny! Wzięła do ręki owo, również srebrne serduszko i wyczuła, że z tyłu ma coś wyryte. Szybko obróciła go.
L.E wyryte na jednej stronie, J.P z drugiej strony. Inicjały były niemal niewidoczne, Lily odczytała je bardziej dotykiem, niż wzrokiem. A kiedy przejechała po nich palcem, coś kliknęło i serduszko powoli się otwarło. Z rosnącym zaskoczeniem zielonooka spojrzała na drugie ich wspólne zdjęcie. Tym razem było inne, przedstawiało tylko ich uśmiechnięte twarze i wpatrzone w siebie oczy. Ujęcie było niesamowicie romantyczne i Lily nawet zdziwiła się, że Jamesa na takie cos stać. Ale skąd wziął takie zdjęcie? Kiedy zostało zrobione? Evans nie mogła sobie przypomnieć, ale wiedziała, że patrząc na nie, robi jej się ciepło w okolicach serca.
Może James naprawdę...?
Nie myśl o tym Lily! Tak będzie lepiej.
To najpiękniejszy prezent, jaki dostałam!
Paluszki Rudej zgrabnie zapięły łańcuszek na szyi. Serduszko poczuło ciepło jej warg, gdy delikatnie je musnęła.
* * * * *
Ann jeszcze raz spojrzała na księżyc. Teraz nie był dla niej taki piękny, odkryła jego kolejną odsłonę, mroczną i tajemniczą, ściśle związaną z jej lubym. Uśmiechnęła się delikatnie, wspominając go w myślach. Już niedługo znów się zobaczą! Co więcej, wybiorą się razem na wielki bal. Ann nie wątpiła, że będą to jedne z najpiękniejszych chwil w jej życiu. Zresztą, przy Remusie wszystkie się takie wydają. To niesamowity chłopak. Taki rozsądny, spokojny, zawsze przemiły i taki kochany. Był prawdziwym dżentelmenem, do tego całkiem przystojnym. Czasem śmiali się wspólnie, czasem wesoło gawędzili, bywały chwile, kiedy poruszali poważniejsze tematy. Bardzo często jednak milczeli. Ann nie miała pojęcia, czy inne pary porozumiewają się tak jak oni, ale im wystarczyła zwykle swoja obecność. Lorens była typową romantyczką. Uwielbiała wieczory, kiedy wpatrzeni w gwiazdy siedzieli na błoniach lub nawet w jego dormitorium przy oknie. On delikatnie trzymał jej dłoń, czasem ściskając, czasem gładząc. Ciepło jego ręki budziło w niej drżenie serduszka, rozkoszowała się tymi niesamowitymi momentami. Tak, zdecydowanie życie było piękniejsze, od kiedy miała go u swojego boku. A co najdziwniejsze, mimo, że są sobą już od piątej klasy, nigdy jeszcze nie byli znudzeni, ciągle ich uczucie pulsowało tak, jak na samym początku. Wiele par w Hogwarcie rozchodziło się po miesiącu. Ale nie oni. Tylko, kto wie, co przyniesie przyszłość?
Ale Ann nie mogła narzekać, święta również były cudowne. Atmosfera, jaką potrafili stworzyć jej rodzice, była niepowtarzalna i wyjątkowa. Każdy gest, każde słowo cieszyło, każdy uśmiech tworzył przyjemne ciepło wokół serca a miłe, wieczorne pogawędki, najczęściej przy zastawionym kartami stole zawsze były wyczekiwaną w ciągu dnia chwilą. A Boże Narodzenie... Mmm... Wciąż pamiętała smak tych potraw, które razem z mamą przygotowała, wciąż czuła zapach zielonej choinki, pięknie wystrojonej i miała przed oczami ładnie zapakowane, cieszące oczy podarki, leżące pod drzewkiem. Była szczęściarą, czuła to każdego dnia i wiedziała o tym. Miała nadzieję, że to Szczęście nigdy się nie wyczerpie, że już zawsze będzie jej w życiu tak dobrze. Było przecież niemal idealnie. Ale czy to w ogóle możliwe, by zatrzymać to lotne Szczęście przy sobie?
Spojrzała tylko jeszcze raz na księżyc i westchnęła z rozkoszą. Już niedługo...!
* * * * *
Lupin też spoglądał na jaśniejący tej nocy księżyc. Zwykle nie mógł na niego spojrzeć, ale dziś... dziś było inaczej. Dziś czuł swego rodzaju nostalgię, chęć powrotu do minionych chwil. A oczami wyobraźni wpatrywał się w łagodny profil Ann, podobnie jak ona, uśmiechając się nieprzytomnie. Telepatia?
* * * * *
Jej oczy błyszczały mocniej niż najjaśniejsze gwiazdy. Patrzyła nimi w leciutko uśmiechniętą twarz Lucasa. Stali na najwyższej wieży, zbliżała się północ, co bynajmniej teraz nie miało dla nich znaczenia. W końcu szczęśliwi czasu nie liczą.
Stykali się czołami i cicho chichotali, z tylko im wiadomego powodu. Teraz również ich nosy dotykały się nawzajem. Rozmawiali wzrokiem, przez ten kontakt nie potrzebowali słów. Wystarczyły uczucia, które odzwierciedlały się w ich błyszczących oczach.
- Wesołych świąt, po raz kolejny – szepnął chłopak.
Wziął jej twarz w ręce i delikatnie musnął jej usta. Później pocałował, swą czułością wlewając płynny ogień w żyły Sam. Wszystko ją paliło od wewnątrz, w końcu poczuła jak piękne są pocałunki, zrozumiała te wszystkie zakochane pary uciekające w zacisza, by się sobą cieszyć. To była niesamowita chwila. Gryfonka czuła, jak z każdą sekundą Lucas zapełnia jeszcze bardziej jej czarkę szczęścia. Miał tak miękkie wargi i sprawiał jej taką rozkosz!
Gdy na chwilę oderwali się od siebie, by zaczerpnąć powietrza i znów się do siebie uśmiechnąć, Sam przemknęło przez myśl, że właśnie dostała najpiękniejszy prezent bożonarodzeniowy.
* * * * *
*Błagam Was, powiedzcie, że nie tylko ja czuję w tym liście nutkę romantyzmu i powoli rodzące się uczucie. Bo już sama nie wiem, Lily chwilowo wymknęła mi się spod kontroli.
I jak? Proszę o szczerość. I jeśli moglibyście, podajcie swoje numery GG lub adresy blogów, jeśli chcecie być powiadamiani.
"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
tagi: