"Bo i płacz czasem bywa wyzwoleniem"

czwartek, 24.grudnia.2009, 09:12
Kochani! :*
Przed Wami zdecydowanie najdłuższa notka na tym blogu! Jest niemal trzykrotnie dłuższa od zwykłych postów. Jestem z siebie dumna, aczkolwiek jeśli chodzi o jakość treści… No różnie. Są fragmenty, które mi się bardzo podobają, są i takie, które wydają mi się kiepskie. Chyba tak już musi być.
Mam nadzieję, że Wam się spodoba ten oto prezent ode mnie! :D
Tytułco prawda smutny, ale całość nie jest taka zła.
Następna notka chyba dopiero po Nowym Roku. Teraz nadchodzą Święta, nie będzie czasu na pisanie. Potem Sylwester, znów szkoła, na ‘dzień dobry’ cała masa sprawdzianów… Ale obiecuję, że nowość już niedługo ;)
A teraz:

Wszystkiego najlepszego!
Zdrowia
bo naprawdę jest najważniejsze
Szczęścia
Bo ono Wam się zdecydowanie należy
Uśmiechu
Bo uśmiech mową jest duszy, a Wasze dusze z pewnością są cudowne
Pogody ducha
Bo świat jest taki piękny!
Spełnienia marzeń (nie wszystkich, oczywiście)
By Wam uchylić nieba
Spokojnych Świąt
Bo z pewnością po tych miesiącach w szkole Wam się przyda
Szalonego Sylwestra!
Bo trzeba się wyszaleć
Szczęśliwego Nowego Roku
By każdy dzień, był lepszy od poprzedniego

Czyli kochani, wszystkiego co najlepsze! :*:*:*




* * * * *



Chciała tylko pójść na spacer. Chciała poszwędać się po zamku. Po zamku, nie po lochach! Więc co tu robi? No tak, Lily poprosiła, by przy okazji odwiedziła profesora Slughorna i pożyczyła w jej imieniu jakiś kolejny składnik do eliksiru. Dorcas nawet nie wiedziała, na co jej potrzebny jad jemiołuszek Czy one w ogóle posiadają jad?
Machnęła ręką, nie chcąc zagłębiać się dalej w ten kierunek rozmyślań. Minęła kolejny zakręt i mruknęła:
- Lumos!
No, teraz przynajmniej było jaśniej. Przeszła niemal cały korytarz, zatrzymując się przy końcu. Dalej była ślepa uliczka. Stanęła przed drzwiami nauczyciela eliksirów i zapukała cicho, chowając różdżkę do kieszeni.
Nikt nie otwierał! Zastukała drugi raz, nieco mocniej, ale efekt był taki sam – drzwi się nie otwarły. Rozejrzała się niepewnie po korytarzu i zapukała po raz trzeci. I znów to samo. Delikatnie nacisnęła klamkę i pchnęła. Drzwi nie ustąpiły, więc powiększyła nacisk, ale najwyraźniej były zamknięte zaklęciem. Wzruszyła ramionami. Przyłożyła jeszcze ucho do drewna i próbowała coś usłyszeć. Po drugiej stronie chyba rzeczywiście nikogo nie było. Była ciekawa, dokąd wybrał się profesor.
- Nieładnie tak podsłuchiwać…
Podskoczyła ze strachu i cicho krzyknęła. Odwróciła się szybko plecami opierając o drzwi.
- Widzę, że cieszysz się na mój widok – zakpił Ślizgon.
- Bogatą masz wyobraźnię, Robbins – mruknęła pogardliwie, odzyskując pewność siebie. Ruszyła w jego stronę, planując wyminąć go i pójść z powrotem do Pokoju Wspólnego. Miała już dość tego spaceru.
- A owszem, pewnie wolałabyś nie wiedzieć, jak bogatą - odparł niczym niewzruszony, oczywiście stając jej na drodze.
Umysł Dorcas szybko przeanalizował sytuację – była nieciekawa. On był silniejszy, lepiej zbudowany, ona drobna. Niby posiadała różdżkę, ale miała ją w kieszeni, a on swoją trzymał w ręce.
W dodatku z łatwością zrozumiała aluzję, wypowiedzianą tak znaczącym tonem, że zaczęła się lekko bać. Przeklęta Lily! Czemu kazała jej iść do Slughorna, którego na dodatek nie było nawet w gabinecie? A teraz stoi w pustym, ciemnym i zimnym korytarzu lochów, kilka metrów za sobą mając ścianę, a pół kroku przed – dobrze zbudowanego Ślizgona. I niewielkie szanse na oddalenie się.
Spojrzała z niechęcią na chłopaka, mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Czy mógłbyś mnie przepuścić? – spytała zimno.
- Nie wydaje mi się – odparł spokojnie. Uśmiechał się przy tym lekko.
- Słuchaj, mam tego dość. Zostaw mnie w spokoju, jasne? – powiedziała wojowniczo.
- To nie takie proste – odpowiedział lekko rozbawiony.
Krew w żyłach dziewczyny zaczęła szybko krążyć. Obrzuciła go wrogim spojrzeniem i odwróciła głowę.
- Poza tym jesteś już przecież wolna, czy nie tak? Co oznacza, że żaden głupi imbecyl z Gryffindoru nie będzie nieudolnie próbował się zemścić – zaśmiał się cicho, robiąc malutki krok do przodu i zmniejszając dystans między nimi. Dorcas odruchowo cofnęła się.
- Zabawna jesteś, Meadowes – rzucił, parskając śmiechem. Znów powoli ruszył do przodu, obserwując z rozbawieniem, jak dziewczyna próbuje się oddalić.
Gryfonka wiedziała, że zbliża się do ściany, a wtedy już na pewno nie uda jej się uciec. Była przerażona. Chłopak podrywał ją wcześniej, strasznie ją to irytowało i bywała dla niego wredna. On tylko uśmiechał się kpiąco i oddalał. Ale zawsze byli wokół nich jacyś ludzie. A tutaj nikogo nie było, korytarz świecił pustkami, oczy Ślizgona miały niebezpieczny wyraz, a uśmiech był niemal ironiczny. Bała się go. Nie miała pojęcia, co robić. Wiedziała, że nie może pozwolić, by znalazła się przy ścianie. Ale różdżki nie mogła wyciągnąć, bo natychmiast by ją rozbroił.
Błyskawicznie podjęła więc decyzję i ruszyła szybko do przodu, mijając go łukiem. Serce podskoczyło jej z radości i zaczęła biec. Zrobiła jednak zaledwie krok, kiedy poczuła, że chłopak trzyma ja mocno za nadgarstek. Zdezorientowana spojrzała na niego, a on znów wybuchnął śmiechem.
- Naprawdę, jesteś taka przewidywalna… - szepnął, nasilając chwyt.
- Boli… - jęknęła cicho.
- No cóż, myślałem, że sobie spokojnie porozmawiamy – odparł, zupełnie ignorując jej jęk. – Ale skoro tak bardzo domagasz się kontaktu fizycznego…
- Odwal się! – warknęła i szarpnęła ręką, próbując uwolnić nadgarstek.
- Naiwna i zabawna – powiedział jakby do siebie, tym razem tak nasilając chwyt, że dziewczyna zgięła się wpół z bólu. Wykręcił jej lekko rękę powodując, że nie mogła się wyprostować. – Boli? – spytał z udawaną troską.
Zmroziła go wzrokiem, przeklinając w duchu swoją spontaniczność. Teraz nie było już nawet szansy ucieczki.
A chłopak nie tracił czasu. Pchnął ją stanowczo na ścianę, puszczając uprzednio nadgarstek. Zdążyła jednak tylko westchnąć z ulgą, kiedy przygwoździł ją do zimnych kamieni, przyciskając swoim ciałem.
- Puść mnie! – popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem.
- Nie zrobię ci nic złego. Ale widziałem wyraźnie, jak bardzo spodobał ci się tamten pocałunek – szepnął jej do ucha zmysłowo.
- Niepraw…
Chłopak zamknął jej usta pocałunkiem. Całował ją mocno i namiętnie, czuła, jak powoli krew zaczyna szybciej krążyć i robi jej się gorąco. Wyrywała się, jednak przyciskał ją mocno do ściany. Ręce miała wolne, ale był tak blisko jej ciała, że nie umiała go odepchnąć. Powoli brakowało jej sił i chęci, by stawiać opór.
- Podoba ci się, prawda? – szepnął, odrywając się od niej.
- Błagam cię, zostaw mnie. Ja kocham…
Znów przerwał jej pocałunkiem. Tym razem był mocniejszy i gwałtowniejszy. Zakręciło jej się z głowie. Zaświtała jej jednak myśl, że przecież teraz może wyjąć różdżkę. Spróbowała delikatnie sięgnąć do kieszeni. Ostrożnie ją wysunęła i chwyciła w dłoń.
Wtedy wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nawet nie wiedziała kiedy Robbins odsunął się od niej i zanim zdążyła unieść różdżkę, chłopak szybko ją rozbroił. Musiał wyczuć jakiś ruch dłonią!
Jęknęła w duchu. Pozbawiona swojej jedynej broni mogła już tylko liczyć na cud. Jak mógł coś poczuć? Najwyraźniej nie na darmo jest szefem tej całej ślizgońskiej ekipy.
- W końcu – odezwał się ironicznie Collin. – Już naprawdę zacząłem podejrzewać, że zostawiłaś różdżkę w dormitorium. A ty czekałaś na najlepszy moment. Moje uznanie, całkiem dobrze przemyślane.
- Tylko dlaczego się nie udało? – powiedziała z goryczą. Chciała choć na chwilę zająć go rozmową, póki stał oddalony o jakieś półtora metra.
- Bo mnie nie doceniłaś – odparł spokojnie, z szatańskim uśmieszkiem na twarzy. – Co mnie oczywiście cieszy. Bo raczej nie oddam ci tak po prostu twojej różdżki, na to nie licz.
Zamruczał coś pod nosem i własność Meadowes zniknęła. Dziewczyna wpatrywała się w to szeroko otwartymi oczami z przerażenia.
- Idealnie – rzucił Ślizgon, po czym podszedł do niej szybko i mocno pocałował. Zaskoczona próbowała krzyknąć. Równie szybko jednak odsunął się od niej i zaczął odchodzić.
- Do zobaczenia niedługo, słodka Dorcas.
Patrzyła, jak odchodzi, w głowie mając istną burzę. Co robić? Jak odzyskać różdżkę? Dlaczego on odchodzi?
- Czekaj! – zawołała za nim.
Dobiegła do chłopaka i stanęła, zachowując bezpieczną odległość.
Ten odwrócił się z pytającym spojrzeniem, uśmiechając się pod nosem.
- Co z moją… z moją różdżką? – zapytała niepewnie.
- Nie martw się, na razie nie będzie ci potrzebna.
- Jak to?
- Sobota, niedziela… kto używa czarów w weekend? A potem pomyślimy, jak będziesz mogła ją odzyskać… - udał, że się zastanawia.
Miała ochotę rzucić się na niego, ale wiedziała, że to nic nie da.
- Zwariowałeś? Oddawaj ją!
Robbins zaśmiał się cicho pod nosem. Znów zaczął odchodzić.
- Czekaj! Robbins, do cholery, wracaj tu! – krzyczała za nim.
Chłopak zniknął za zakrętem. Pobiegła za nim, ale na następnym korytarzu nikogo już nie było.
Krzyknęła zrezygnowana i poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Przetarła je ze wściekłością i uderzyła pięścią w ścianę. Czemu ona?! Czemu wszystko ostatnio ją spotyka? Najpierw zrywa z nią Syriusz, teraz nachodzi głupi Ślizgon i zabiera jej różdżkę! Pięknie, po prostu cudownie! A miała w weekend ćwiczyć zaklęcia niewerbalne. Pobiegła szybko schodami! Byle jak najdalej od tych lochów! Niemal potrąciła profesora Slughorna, który schodził właśnie do podziemi.
- Świetnie! Teraz pan przychodzi?! – spytała, wściekła, że znowu ma łzy w oczach.
- Hola, hola, panienko! Nie takim tonem! Coś się stało? – spytał zatroskanym głosem.
- Nie, panie profesorze. Zupełnie nic – odparła gorzko i minęła go przyspieszając. Szybko wytarła łzy i pobiegła do wieży Gryffindoru. Nie patrząc na nikogo poszła od razu do dormitorium, gdzie rzuciła się na łóżko i krzyknęła głośno w poduszkę.
- Ej, spokojnie – usłyszała głos Lily. – Co się stało?
„Oddychaj spokojnie” – nakazała sobie Dorcas w myślach.
Odetchnęła głęboko, po czym odwróciła się na plecy. Spojrzała na przyjaciółkę lekko zaczerwienionymi oczami i powiedziała:
- Nie mam tego głupiego jadu.
- I…?
- Co i?
- No przestań Dor. To nie jest powód, dla którego byłabyś tak wściekła i płakała. Mam nadzieję, że to nie o Syriusza chodzi? – spytała rudowłosa niepewnie.
Meadowes pokręciła głową.
- Nie mam różdżki – burknęła.
- Zgubiłaś? – zapytała Lily, siadając po turecku. Rozpuszczone włosy założyła za ucho i wpatrzyła się w przyjaciółkę. – Przecież możemy ją zaraz przywołać, głuptasku. – dodała, uśmiechając się.
- Lily – odparła lekko zirytowana Dorcas – nie mam różdżki, bo mi ją zabrano.
Zielonooka otworzyła usta ze zdziwienia.
- Dobra, już nie będę zgadywać. Kto ci ją zabrał?
- Robbins.
- Nie!
- Właśnie tak. Lily, co ja mam zrobić?
- Ale jak to, zabrał ci? Co się stało? – spytała Evans, patrząc uważnie na współlokatorkę.
Dziewczyna westchnęła cicho i opowiedziała, co się wydarzyło w lochach.
- Przepraszam cię! Mogłam sama pójść po ten jad jemiołuszki! – jęknęła Lily z przerażeniem w oczach. – Ten chłopak cię prześladuje!
Dorcas poczuła, że znów ma łzy w oczach. Po raz trzeci tego wieczoru. Bezwiednie przytuliła się do rudowłosej, czując, jak przyjaciółka delikatnie gładzi jej włosy.
- Nie martw się, powiemy chłopakom. Oni chyba coś na to poradzą… Nie wiem, mogą go nawet napaść, nie mam nic przeciwko.
- Tak, ale co to da? Na pewno nie będzie miał mojej różdżki przy sobie, a wątpię, żeby powiedział, gdzie ją dał, albo oddał dobrowolnie.
- Ale przynajmniej dostanie nauczkę. A może akurat będzie ją miał przy sobie?
- Nie wiem Lily, mam już wszystkiego dość. Chyba pójdę spać.
Wstała z łóżka i ruszyła do łazienki.
- Może spróbujemy ją przywołać? – zaproponowała Evans.
- Próbuj – rzuciła Meadowes i zamknęła za sobą drzwi.
Zielonooka westchnęła cicho. Mruknęła cicho zaklęcie przywołujące, nie spodziewając się specjalnie, że różdżka przyleci. Wstała, przeczesała ręką włosy i powiedziała głośno:
- Idę na dół. Jakby coś się działo, wołaj.
- Dobra. – usłyszała przytłumiony głos z łazienki.
Nieco zrezygnowana wyszła z dormitorium i zeszła do Pokoju Wspólnego, gdzie dosiadła się do Ann i Huncwotów, którzy siedzieli przy jednym ze stolików.
- Gdzie Dorcas? – spytał Lupin na przywitanie.
- Źle się czuje. Chyba pójdzie wcześnie spać – odpowiedziała, uśmiechając się niemrawo. Poczuła, że Syriusz na nią patrzy i uchwyciła jego wzrok. Szybko odwrócił głowę, wtrącając się do rozmowy. Po chwili rudowłosa zrobiła to samo. Jak dawno nie rozmawiali ze sobą wszyscy razem! Niemal widziała, jak namacalnie poprawia jej się humor.


* * * * *



- James?
Był środek nocy, może godzina trzecia nad ranem. Cały zamek pogrążony był z śnie, , w uszach dzwoniła cisza, przerywana czasem skrzypieniem łóżek. Co o tej godzinie robiła pewna dziewczyna na nogach? W dodatku nie była u siebie – stała nad łóżkiem czarnowłosego chłopaka w męskim dormitorium! Po co? Jaki miała powód?
Lily machnęła różdżką w stronę pozostałych Huncwotów. Chociaż spali, wolała być pewna, że nie będą ich słyszeć. Znów spróbowała dobudzić bruneta. Potrząsnęła stanowczo jego ramieniem.
- Co się dzieje…?
Chłopak leniwie otworzył oczy. Niewiele widział, obraz rozmazywał mu się przed oczami, było ciemno. Wysilił spojrzenie i omal nie spadł z łóżka.
- Lily?! Na gacie Merlina, co ty tu robisz? – krzyknął cicho.
- Spokojnie, James.
- Spokojnie?! Evans, jest środek nocy! A ty zjawiasz się tutaj, wyrywasz ze snu i mówisz, że mam być spokojny?
Uśmiechnęła się przepraszająco.
- To typowe zachowanie dla Syriusza. Po tobie się tego nie spodziewałem – mruknął już łagodniejszym tonem.
- Powiedzmy, że lubię zaskakiwać – odparła lekko.
Usiadł na łóżku i założył okulary. Spał w samych bokserkach. Lily spojrzała mimowolnie na jego nagą klatkę piersiową. Był idealnie zbudowany. Nie tak jak Syriusz, ten miał zdecydowanie więcej mięśni. Ale w Rogaczu było coś pociągającego. Jakaś magia, która sprawiała, że wydawał się atrakcyjniejszy.
Z trudem oderwała wzrok od jego ciała i spojrzała speszona w jego rozbawione oczy. Chłopak ziewnął potężnie, zakrywając usta dłonią i potargał mocno już zmierzwione przez sen włosy.
- O co chodzi? – zapytał.
- Ee… może pójdziemy na dół? Tam spokojnie porozmawiamy – dodała.
- Ostatnio nadużywasz tego słowa – uśmiechnął się pod nosem.
- Jakiego słowa? – zdziwiła się.
- „Spokojnie” – przedrzeźniał.
Wstał z łóżka i szybko wciągnął jakieś spodnie, leżące w nieładzie na ziemi, tuż obok całej masy innych ubrań.
- Jesteś pewien, że nie są od Petera? – spytała ironicznie dziewczyna
- Evans, z sarkazmem ci nie do twarzy – odpowiedział, uśmiechając się.
Ruszył do drzwi, sprawnie omijając przeszkody w postaci porozrzucanych butów, słodyczy, ubrań i podręczników. Lily patrzyła na to kręcąc głową.
- Idziesz? – odwrócił głowę, spoglądając na nią pytająco.
Dziewczyna nadal stała przy jego łóżku.
- James…
- No?
Uświadomiła sobie, że będzie musiała rozmawiać z nim, mając przed oczami jego nagi tors. Wolała do tego nie dopuścić.
- Ubierz… ee… jakąś koszulkę. Tam… tam może być zimno.
Chłopak rzucił jej rozbawione spojrzenie, ale pochylił się i podniósł z podłogi jakąś koszulę z krótkim rękawem. Wygładził ją ręką i narzucił na siebie. Zapiął kilka guzików.
- Teraz możemy iść?
- Tak. Jasne.
Przepuścił ją przez drzwi. Razem zeszli do Pokoju Wspólnego i usiedli w rogu, przy jednym ze stolików.
- Więc o co chodzi? – spytał ponownie, patrząc na nią uważnie.
Idiotka! Czemu on tak ją peszy? Zachowuje się jak jakaś głupiutka nastolatka.
- Nie chciałam wplątywać w to reszty. To dosyć ciężka sprawa i dotyczy Dorcas, a wiem, jak zareagowałby Syriusz.
- Intrygujesz mnie – rzucił. – Czekaj, wygląda na to, że chwilę tu posiedzimy.
Machnął różdżką, nic nie mówiąc. Lily pomyślała rozbawiona, że pewnie chce się popisać znajomością niewerbalnych zaklęć, ale jego mina wcale o tym nie świadczyła. Huncwot po prostu nauczył się ich tak dawno, że używał ich już machinalnie.
Po chwili z dormitorium przyleciały dwie butelki Kremowego Piwa i Kociołkowe Pieguski.
- Skąd to masz? – zapytała zaskoczona.
- Na czarną godzinę – uśmiechnął się chłopak lekko.
Pokręciła głową i chwyciła za butelkę. Dawno tego nie piła. Ostatnio przecież nie odwiedziła Hogsmeade. Już zapomniała, jak smakował ten rewelacyjny płyn. Skosztowała, zamykając z rozmarzeniem oczy.
Usłyszała parsknięcie śmiechem. Szybko odstawiła butelkę i spojrzała groźnie na Pottera.
- Takie to zabawne?
- Nie skądże. Właśnie sobie przypomniałem nasz ostatni kawał na Filchu – skłamał bez mrugnięcia okiem.
Lily wzruszyła ramionami i zmieniła pozycję na fotelu, podkurczając lekko nogi.
- Sprawa jest taka… Kojarzysz Robbinsa, nie?
- Głupie pytanie – prychnął James.
Lily opowiedziała mu pokrótce, co się wydarzyło w piątek wieczór. Oczywiście pominęła szczegóły, z którymi zaznajomiła ją Dorcas, przekazując jedynie istotny fakt – przyjaciółka została bez różdżki.
- Sukinsyn! Faktycznie nie daje jej spokoju! – zawołał oburzony Potter. – Wiem, o co ci chodzi, chcesz, żebyśmy się zemścili? Tylko czemu nie chciałaś nic mówić Syriuszowi i…
- Właśnie dlatego. Nie chcę, żebyście się mścili, bo oboje dobrze wiemy, że to bez sensu. Różdżki nie odda ani nie powie, gdzie ją schował. A do tego pewnie będzie chciał się odpłacić, a więc to nienajlepszy pomysł.
- Evans, my się nie boimy zemsty – powiedział, patrząc na nią krzywo. Jak w ogóle mogła tak pomyśleć?
- Wiem! Ale co nam to da? Nic! Dlatego wymyśliłam cos innego… - dokończyła niepewnie.
- No mów.
- Ale to ryzykowne – ostrzegła.
James parsknął śmiechem.
- Lily, ty w życiu nie wymyśliłaś ryzykownej akcji. A poza tym właśnie to będzie w tym wszystkim najlepsze.
- Ryzyko? – zapytała sceptycznie.
- Dokładnie. No mów, co wymyśliłaś.
- Myślałabym, czy nie dałoby się jakoś wkraść do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i poszperać trochę w pokoju Robbinsa…
- Nieźle… pewnie nie znasz hasła, co?
Westchnęła.
- Niestety. Znałam pierwsze, podawali je w pociągu na zebraniu prefektów, ale na święta zawsze jest zmieniane.
- Czyli trzeba będzie czekać pod wejściem. Pewnie nie wiesz, jak się tam dostać?
Pokręciła głową.
- Wiem tylko, że wejście jest lochach.
- Zginiesz beze mnie w tym zamku – odpowiedział rozbawiony.
- A ty skąd wiesz? – zapytała.
- No przestań, Lily. Nie zmarnowałem tych pięciu lat z hakiem w szkole.
- Sugerujesz, że ja zmarnowałam? – odcięła się wojowniczym głosem.
- Nie skąd! – wyciągnął w jej stronę ręce, jakby broniąc się przed ewentualnym atakiem. – Ty po prostu spożytkowałaś je w inny sposób – dodał z uśmiechem.
- Nieźle z tego wybrnąłeś – zaśmiała się.
Chłopak jej zawtórował.
- To kiedy mam wyruszyć? – zapytał.
- Ty? Razem wyruszymy!
- Pójdziesz ze mną? Przestań. To niezbyt bezpieczne, wkradać się do miejsca pełnego Ślizgonów. Poza tym jesteś Prefektem.
- Daj spokój – machnęła lekceważąco ręką. – Nic się nie stanie.
Wahał się. Razem z Lily pod jedna peleryną? Blisko siebie i do tego tylko we dwoje? Niebezpiecznie.
- Nie jestem pewien…
- No przestań. Chyba się nie boisz? – spytała zadziornie.
- Dobra. – zgodził się zrezygnowany. – To kiedy? Bo na pewno nie teraz.
- No tak, raczej nikt by nam nie otworzył i stalibyśmy do rana pod drzwiami.
- Może dziś wieczorem? W soboty ludzie do późna siedzą w Pokoju Wspólnym. Będzie dużo czasu na poszukiwania. Bo pewnie nie wiesz również, gdzie jest jego dormitorium.
- No nie wiem – przytaknęła.
Gryfonka zamyśliła się na chwilę.
- A więc do wieczora! Dobranoc, James! – rzuciła i szybko wstała. Nie patrząc już na niego wróciła do dormitorium.
- Dobranoc, Evans. – odpowiedział, spoglądając za nią, aż zniknęła na schodach, poczym sam wrócił do łóżka. Długo jednak nie mógł zasnąć.


* * * * *



„Moja kochana Dorcas,
Twoja różdżka leży bezpiecznie w bardzo dobrej skrytce. Nie próbuj przywoływać jej ani szukać. Stracisz cenny czas, który musisz zapewne poświęcić na naukę.
Zapomniałem Ci wczoraj powiedzieć, że pięknie wyglądasz w tych kolczykach. Pewnie już się domyśliłaś, kto Ci je podarował i dlatego tak często je nosisz. Chociaż kiedy je wysyłałem, nie myślałem, że tak wiele nas połączy. *
Pomyślimy, jak będziesz mogła odzyskać swoją różdżkę.

C. R.”

Kolczyki migotały delikatnie, odbijając popołudniowe promyki słońca. Spadały z zawrotną szybkością z Wieży Gryffindoru. Wylądowały niemal łagodnie, zagłębiając się w śniegu.
Kartka również migotała w blasku ognia, który lizał ją powoli, nie spiesząc się. Systematycznie pochłaniał literkę po literce, pozostawiając jedynie sczerniałe strzępki.
Migotały również łzy wściekłości w oczach czarnowłosej Gryfonki.


* * * * *



Nadeszła w końcu sobota. Ten dzień większość uczniów wykorzystywała na odpoczynek, chwilę relaksu. W niedzielę wieczorem już trzeba było wrócić do góry zadań domowych i z ironicznym uśmiechem powitać początek nowego tygodnia.
Dlatego nietrudno się dziwić, że soboty są tak wymarzone, wyproszone, wytęsknione. Łatwo też sobie wyobrazić, jak u wielu wygląda taki relaks. Choć pewnie w zależności od ludzi może on być skrajnie różny.
Lily ten cudownie wolny dzień spędziła na spacerze. Tyle już razy samotnie wałęsała się po błoniach, że znała je na pamięć. A jednak niemal za każdym razem odkrywała coś nowego, jakieś schowane w cieniu małe drzewko, kamień, ukryty wśród krzewów, naturalną huśtawkę z pięknie splątanych gałęzi… Czuła się jak jakaś mała księżniczka, którą świat wyróżnił i zechciał pokazać swoje najcudowniejsze skarby. Jak więc odmówić sobie owych spacerów? Nie sposób.
Popołudnie spędziła w dormitorium. Wszystkie trzy lokatorki siedziały wspólnie na podłodze i gawędziły przed jakieś dwie godziny. Tak dawno tego nie robiły! Ciągle tylko brakuje czasu. I tym razem nie miały go wiele. Ann wkrótce potem uciekła do Remusa, Lily z przepraszającą miną oznajmiła, że obiecała wytłumaczyć transmutację młodszej Gryfonce. Dorcas uśmiechnęła się w odpowiedzi i pogoniła przyjaciółkę wzrokiem, a sama została w dormitorium. Kiedy były we trzy, łatwiej przychodził uśmiech, lżejsze się i łatwiejsze wszystko wydawało. Ale kiedy tylko zostawała sama, świat jakby zmieniał swe oblicze, zrzucał piękne szaty i przyodziewał te zwyczajne, realne. Przykre często, bo jakże prawdziwe.
A kto w naszym świecie szuka realizmu?

Nadszedł i wieczór, bo nadejść musiał. Lily siedziała przy stoliku razem z Ann, Dorcas i Remusem. Uśmiechnęła się tajemniczo do stojącego nieopodal Jamesa. Ten kiwnął głową i zniknął na schodach dormitorium. Evans zachichotała bezgłośnie i wstała z wygodnego fotela.
- No cóż, ja was opuszczam.
- Gdzie idziesz? – zdziwiła się Dorcas.
- Miałam się stawić u McGonnagall. Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale lepiej tam pójść.
- I dlatego masz taki dobry humor? – spytała rozbawiona Ann.
- Dokładnie – wyszczerzyła zęby rudowłosa.
Szybko przeszła przez Pokój Wspólny o tej porze jeszcze dosyć wyludniony. Zatrzymała się dopiero na schodach, już po drugiej stronie portretu. Nie musiała długo czekać. Z przejścia za portretem wyskoczył szybko James, w biegu chwytając Gryfonkę za rękę. Pociągnął ją za sobą , a ona ze śmiechem mu się poddała. Razem przebiegli cały długi korytarz i schody. Na szóstym piętrze zatrzymali się. Lily próbowała uspokoić oddech, co chwilę chichocząc. James przyglądał jej się z iskierkami w oczach. Gdy tylko podniosła znów głowę i spojrzała na niego, z szatańskim uśmiechem popchnął jakąś ścianę, która natychmiast się otwarła.
- Co to jest? – spytała zdumiona.
- Jedna z wielu słodkich tajemnic zamku – odpowiedział. – Chodź!
- Nawet nie pytam, jak ją znaleźliście – mruknęła, podchodząc do ściany. – Ale w wyobraźni mam scenę, jak idziecie po zamku, popychając każdy kawałek ściaaaaaaa…!!!
- Nie zdążyłem ci powiedzieć, że to przejście to zjeżdżalnia – zawołał za nią i również zjechał.
- To nie było śmieszne!
James nawet nie próbował stłumić chichotu. Lily również mimowolnie parsknęła.
- Oj, no dobra, było. Ale mogło mi się coś stać.
- Wierz mi, zjeżdżaliśmy tutaj na miliony sposobów, nigdy nic złego się nie stało. – odpowiedział. – Przecież gdybym nie był pewny, że wyjdziesz bez szwanku, w życiu nie pozwoliłbym ci zjeżdżać.
- Marne pocieszenie – mruknęła, uśmiechając się jednak. – Ale przyznam, że dawno nie miałeś tak dobrego humoru.
- Skończyły się te dobre czasy – powiedział lekko. Wyciągnął rękę i pomógł jej wstać.
- To gdzie właściwie jesteśmy?
- Na pierwszym piętrze. Dokładnie naprzeciw tego posągu trolla. – odpowiedział i pchnął ścianę. Rzeczywiście od razu ujrzeli owy posąg.
- Niesamowite. Minęliśmy tyle schodów!
- Taa… szkoda, że nie ma takiego przejścia w górę.
Lily uśmiechnęła się i ruszyła korytarzem. Chłopak pokręcił zabawnie głową, zmierzwił włosy i pobiegł za nią. Zanim dotarli do lochów, narzucili na siebie pelerynę-niewidkę. Teraz musieli iść ostrożniej i bliżej siebie, żeby spod płaszcza nie wystawały im stopy.
James chwycił ją delikatnie za rękę i nakierował na jedną ze ścian. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco, ale nie zdążyła się odezwać, bo właśnie wtedy mur się odsunął i przed oczami pojawił się Pokój Wspólny Slytherinu. Minęła ich jakaś młoda dziewczyna, może drugoklasistka. Evans stała jak zamurowana, patrząc na to nietypowe pomieszczenie. Na szczęście chłopak pociągnął ją mocno i weszli do środka, zanim ściana z cichym trzaskiem wróciła na swoje miejsce.
- Mamy szczęście – szepnął jej do ucha. – Nie musieliśmy w ogóle czekać.
Gryfonka tylko kiwnęła głową, rozglądając się wokół.
A patrzyła na iście imponujący widok. Pokój ten całkowicie różnił się od gryfońskiego pomieszczenia. Był raczej ponury, ale w naprawdę intrygujący sposób. Prostokątny, niski i skąpo umeblowany. Oczywiście przeważały barwy Slytherinu – zieleń i srebro. To sprawiało wrażenie wiecznego chłodu. Lily aż się wzdrygnęła. W kominku, umieszczonym przy najdalej od nich stojącej ścianie, tlił się delikatnie ogień. Nie buchał wesołymi płomieniami, jak to zawsze w ich Pokoju Wspólnym. Kilka stolików i foteli również miało zimny, zielony odcień i srebrne zakończenia. Wyglądały tak… arystokratycznie. Okien nie było, lekkie białe światło sączyło się z pochodni, poumieszczanych gdzieniegdzie na ścianach. Mimo to było mrocznie. Evans pokręciłą głową. Nie wytrzymałaby w takim pokoju dłużej niż kilka dni, nie mówiąc o spędzeniu tutaj całych siedmiu lat! Zdecydowanie dom Slytherinu nie był dla niej.
Potter szturchnął ją lekko w ramię. Spojrzała na niego. Pokazywał jakiś stolik w kącie. Od razu zauważyła, że siedzi tam właśnie Robbins, Snape, Avery, Mulciber, kilku Ślizgonów, których znała tylko z widzenia i Regulus Black. Uniosła brwi zaskoczona obecnością tego młodego chłopaka w dużo starszym towarzystwie. Spojrzała na Jamesa, który stał nieco za nią. On tylko wzruszył ramionami i szepnął:
- Jak widać nieźle zaczyna. Kompletne przeciwieństwo Syriusza.
Lily pokręciła głową. Może to tylko tak źle wygląda? Może do tego towarzystwa ciągnie go tylko ciekawość?
- Chodź, nie mamy za wiele czasu.
- Ale skąd będziemy wiedzieć, w którym on śpi dormitorium? Po czym je rozpoznamy?
Potter zamyślił się na chwilę.
- Dobra. To podejdźmy bliżej, posłuchamy o czym mówią. Może akurat ktoś wspomni o sypialni.
Znów chwycił ją za rękę. Lily mimowolnie poczuła mały dreszczyk. Jakby ciało czekało tylko na ten dotyk. Cieszyła się, że jej nie widział – szła pół kroku za nim. Pewnie twarz miała teraz zarumienioną. Do tego serce – musiało tak szybko i głośno bić? Na pewno słyszy, pewnie ludzie obok obracają się, zaintrygowani dziwnym pukaniem.
Miała wrażenie, że w zimnym pokoju nagle stało się nieco cieplej. Na szczęście Huncwot zaraz puścił jej rękę. Wolała nie myśleć, czemu serce tak galopowało przed chwilą. Może ma problemy z ciśnieniem?
Stali już bardzo blisko owego stolika w rogu, ale nadal nic nie słyszeli. Musieli rozmawiać cichym szeptem. Jednak gdy podeszli kilka kroków, w uszach mieli tylko dziwne brzęczenie.
- Znowu to zaklęcie! – jęknęła Evans i szybko zakryła usta dłonią. Na szczęście nikt jej nie usłyszał.
James za to spojrzał uważnie i zapytał:
- Jakie zaklęcie?
- No najwyraźniej, wiesz, zapobiegające podsłuchiwaniu.
- Dobrze, ale czemu mówisz znów?
- Bo… - myślała gorączkowo, żałując, że się odezwała. – Kiedyś też obok nich przechodziłam i słyszałam to samo. Tylko dziwne brzęczenie w uszach.
To przecież nieistotne, że wtedy próbowała ich podsłuchiwać w lochach, wcześniej szpiegując Severusa. Nie skłamała przecież, przechodziła obok nich.
- Ciekawe zaklęcie – uśmiechnął się z uznaniem James. – Wiesz może, jak brzmiało?
- Nie bardzo – mruknęła tylko.
- No nic, wygląda na to, że za wiele się tutaj nie dowiemy. Chodźmy do tych dormitoriów.
Sypialnie w kwaterze Ślizgonów nie były, tak jak w Gryffindorze ułożone na siedmiu piętrach. Po przejściu przez kamienny łuk zeszli po schodach, prowadzących w dół. Tam długi, wąski i kamienny korytarz prowadził do kilku odgałęzień. Co chwila mijali drzwi, pewnie prowadzące do poszczególnych dormitoriów.
- Prędzej sami się tu zgubimy niż odnajdziemy ten głupi pokój! – jęknęła Lily, patrząc bezradnie na pogrążony w półmroku korytarz. – Czy u nich musi być wszędzie tak ciemno?
- Ślizgoni, jak wszystkie parszywe stworzenia pewnie boją się światła. Nie mam pojęcia, po co ten dom w ogóle istnieje… - powiedział Potter. – Chodź, im krócej tu zabawimy, tym lepiej.
Szybko zorientowali się, że dormitoria rozmieszczone są rocznikami. Chłopcy z jednej klasy spali razem, więc podejrzanie szybko znaleźli odpowiednie drzwi. James nacisnął klamkę i pchnął, jednak nic się nie stało. Machnął więc szybko różdżką i tym razem zamek kliknął. Weszli szybko do pomieszczenia i z ulgą zdjęli pelerynę.
- I co teraz? – spytał James.
- Szukamy – odpowiedziała szybko zielonooka i ruszyła do szafy, stojącej najbliżej.
Dormitorium niewiele się różniło od pozostałych miejsc w Slytherinie. Tak samo ponure i zimne, tak samo w odcieniach zieleni i srebra. A jednak z tym swoim dziwnym, nie do opisania urokiem. Meble czarne, z surowego drewna, łóżka również. Baldachimy miały kolor ciemnozielony, poprzetykany gdzieniegdzie srebrnymi nitkami. Okien nie było.
Po pół godzinie musieli z żalem stwierdzić, że w tym pokoju nie było różdżki Dorcas. Lily zajrzała nawet do łazienki, również zrobionej w kolorach zieleni i srebra. Na kafelkach ułożony był wąż. Miała już serdecznie dość tej ponurej kolorystyki.
Usłyszała jak James szepcze szybko jakieś zaklęcie. Chyba zabezpieczał drzwi! Wyszła błyskawicznie z łazienki i usłyszała czyjeś głosy, tuż przy drzwiach. Spojrzała lekko przerażona na Huncwota, który szybko zarzucił na nią pelerynę. Stanęli w kącie. Dziewczyna próbowała uspokoić oddech. Zamek kliknął i drzwi się otwarły, a do dormitorium weszli chyba wszyscy lokatorzy. Sześciu chłopaków, w tym właśnie Robbins, Snape, Avery i Mulciber. Tym razem nie było z nimi Regulusa. Lily zauważyła, że pozostali również siedzieli przy stoliku w ich Pokoju Wspólnym. Zadrżała na myśl, że oni wszyscy chcą zapewne w przyszłości dołączyć się do tego Czarnoksiężnika. Spojrzała jakby z żalem na Severusa, który oczywiście nie miał o tym pojęcia.
- Pokaż jeszcze raz te księgi – warknął Collin, patrząc na Averego.
Ten szybko wyciągnął jakąś starą księgę i podał chłopakowi, patrząc na niego spode łba.
- Sev, na pewno mamy to zrobić? Skąd ta informacja? – zapytał spokojniejszym głosem.
- Robbins, po raz któryś mówię ci, że przekazał mi to… znajomy – powiedział z lekką ironią. – Jeden z najbliższych Czarnemu Panu.
James zacisnął mocniej rękę na różdżce. Najchętniej teraz wyzwałby na pojedynek tego Smarka, ale nie może narazić Lily. Poza tym Ślizgonów było sześciu i wszyscy dobrze zbudowani, pomijając może Snape’a, który miał raczej wątłą posturę. A on był sam jeden i do tego miał Evans, która co prawda znała świetne zaklęcia, ale jednak był dziewczyną. Nie mógł w żaden sposób ryzykować, zaciskał więc tylko pięści i patrzył z zawiścią na swoich rówieśników.
- Ale jak, co cholery, mamy to zrobić? – spytał Robbins.
- Nie histeryzuj. To będzie trudne, ale wykonalne. – znów odezwał się Snape.
Lily ze zdziwieniem stwierdziła, że kiedyś musiała się pomylić w ocenie tych chłopaków. Zawsze myślała, że najważniejszy tutaj jest właśnie Robbins. Zresztą to on pierwszy wszczynał kłótnie, to on przewodził. Jak widać tylko pozornie. Teraz, chociaż to on prowadził rozmowę, wszystkie jego pytania kierowane były do Snape’a. Severus znał odpowiedzi i chyba znał najwięcej czarów. Znał legilimencję… ciekawe, czy jego koledzy również? To on miał znajomości wśród… najbliższych Czarnemu Panu. Lily nie mogła w to uwierzyć! A więc jej głupie domysły, najgorsze scenariusze okazały się prawdą! Przyjaciel… jak można przyjaźnić się z osobą, tak pragnącą czynić zło?
- Dobra, czas na nas – powiedział po chwili Collin. Odłożył księgę, którą przed chwilą miał w dłoniach. Lily z przerażeniem dojrzała tytuł, prosty i krótki, a jednak budzący grozę: „Czarna magia”.
James chyba również go dojrzał, bo palce, którymi trzymał różdżkę całkiem zbielały od zaciskania dłoni. Spojrzał na Evans i w tym samym czasie ona zerknęła na niego. Przez krótką chwilę spoglądali sobie w oczy.
Potter odwrócił wzrok i spojrzał na Ślizgonów. Wszyscy już wyszli, ostatni, Collin, stał już niemal w drzwiach. Z kieszeni wystawała mu różdżka, niemal w połowie wyciągnięta. Widząc w tym ostatnią szansę, machnął szybko ręką i narzędzie zaklęć chłopaka powędrowało spokojnie do rąk Huncwota. Patrzył przez chwilę z niepokojem, czy Robbins nie spojrzy za siebie. Wtedy na pewno dojrzałby szybującą w powietrzu własną różdżkę. Na szczęście on szybko zamknął za sobą drzwi i rzucił na nie zaklęcie.
- Czy oni wszędzie chodzą razem? – zapytał drwiąco James, zdejmując pelerynę-niewidkę.
Lily zignorowała pytanie, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w różdżkę, leżącą w ręku chłopaka.
- Po co to zrobiłeś?! – spytała gwałtownie.
Potter westchnął i zmierzwił swoje włosy.
- To proste. On ma jej różdżkę, ona ma jego. Transakcja wymiany. Wierz mi, zwykle się powodzi.
- Ale… - zaczęła, ale zabrakło jej chyba argumentów, bo po chwili machnęła ręką i westchnęła z rezygnacją. – Chodźmy już lepiej. Mam serdecznie dość tych pomieszczeń.
Gryfon pokręcił tylko głową i odczarował drzwi. Zarzucił po raz kolejny tego wieczoru pelerynę-niewidkę i razem wyszli z pokoju, sprawdzając wcześniej, czy nie ma nikogo na korytarzu. James znów machnął różdżką w kierunku dormitorium, zamykając je zaklęciem.
Szli korytarzem w milczeniu. Chłopak czuł, że Lily nie podobał się przedstawiony przez niego sposób rozwiązania problemu. Aż gotował się w środku. O co jej chodzi? Chciała odzyskać własność Dorcas czy nie? Chciała pomóc przyjaciółce? Tylko w jaki sposób? Uczciwy? Parsknął bezgłośnie, lekko zirytowany. Ale kiedy spojrzał na jej zaciętą minę, mimowolnie uśmiechnął się lekko. Była taka urocza w tej swojej przesadnej uczciwości. Poza tym miała swoje zasady. To też trzeba cenić, że potrafi się ich trzymać. I jest taka kochana, kiedy się złości! Wygląda wtedy doprawdy uroczo.
Lily szła lekko z przodu, nie zwracając uwagi na Jamesa. Byłą pogrążona w swoich myślach, zdziwiła się więc lekko, kiedy chłopak pociągnął ją mocno ku ścianie. Odwróciła się w jego stronę i już chciała coś powiedzieć, kiedy przyłożył palec do ust i znaczącym wzrokiem spojrzał na korytarz. Podążyła za jego spojrzeniem i zamarła. Znowu oni! Tak szybko wracali? Stanęła jeszcze bliżej Pottera, przylegając do niego całym ciałem i znów, mimo sytuacji, poczuła miłe ciepło, rozchodzące się po ciele.
- Po co…?
- Mówiłem już, do cholery, zostawiłem różdżkę w dormitorium – warknął Robbins. Szedł tylko z Mulciberem. Gryfoni poczuli lekki podmuch wiatru, kiedy szybko przeszli obok nich.
- Umiesz jakoś zabezpieczyć tę całą różdżkę, żeby jej nie mógł przywołać? – szepnęła zielonooka.
- Da się zrobić – uśmiechnął się rozbrajająco. Lily musiała odpowiedzieć mu tym samym.
Szybko wypowiedział jakieś zaklęcie.
- Ale i tak lepiej będzie, jeśli się pospieszymy – mruknął, zaglądając jej w oczy.
Mimo to nadal stali blisko siebie, na zimnym korytarzu, wciąż do siebie przytuleni. Tak jakby czas się zatrzymał. Patrzyli sobie w oczy, a w głowach mieli istne burze. On po chwili zerknął przelotnie na jej usta. Dlaczego ona tak go kusi? Dlaczego w ogóle doprowadził do takiej sytuacji? Nie może jej pocałować! Potem będzie musiał zaczynać wszystko od nowa. Nie miał siły na kolejne odrzucenie.
A jednak tym razem to ona przejęła inicjatywę. Musnęła lekko jego wargi, zapominając o całym świecie. Jak to kobiety, zadziała pod wpływem wielu emocji. Poczuła w końcu, jak to ciepło, które powoli rodziło się w jej ciele przy każdym bliższym spotkaniu z Huncwotem, wybucha potężnie. Krew gorąca krążyła jej w żyłach, czuła przyjemny dreszczyk na całym ciele. Jak to możliwe? Kto by teraz nad tym myślał, kiedy James, zachęcony, pocałował ją mocniej, zapraszając motylki w brzuchu do szaleńczego tańca. Czuła się cudownie, zapomniała, że są w kwaterze Ślizgonów, że to wszystko jest niebezpieczne. Co tam niebezpieczeństwo! Przy Jamesie była przecież bezpieczna. Rewelacyjne uczucie.
Oderwała się od niego, patrząc niepewnym wzrokiem. On uśmiechnął się lekko, choć jakby ze strachem. Czy myślał, że zaraz go uderzy? Pewnie tak. Po niecałych sześciu latach znajomości zdążył się nauczyć, że ta dziewczyna była nieprzewidywalna. Za to między innymi ją kochał.
- Jim… - zaczęła niepewnie.
- Nie psuj chwili.
Znów ja pocałował. Teraz jednak nie chciała już dłużej. Sama już nie wiedziała, czego chciała. Czemu on tak na nią działał? Odwróciła głowę. Mignęły jej jeszcze przed oczami zaskoczone orzechowe tęczówki.
Wiedział! Wiedział od początku, że tak będzie. On przesadził, czy ona jest niezdecydowana?
Niech to szlag!
Nie spojrzeli już na siebie. W milczeniu doszli do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, przeszli przez niego i ruszyli do Wieży Gryffindoru. Dopiero przed portretem, kiedy już zdjęli pelerynę, spojrzeli na siebie.
- Przepraszam… - powiedziała cicho.
Chłopak nic nie odpowiedział, tylko podał hasło i wpuścił ja pierwszą do środka.
Weszła więc lekko zrezygnowana. Pomyślała nawet, że chyba już samej siebie nie lubi. Tak strasznie i niepotrzebnie namieszała. Westchnęła ciężko i nie patrząc już na chłopaka, którego swoim niezdecydowaniem tyle razy już raniła, ruszyła do dormitorium.
Bez entuzjazmu przekazała Dorcas informację o ich wypadzie. Przyjaciółka przyjrzała się jej uważnie, ale nie komentowała dziwnego nastroju zielonookiej. Ruszyła za to szybko do Jamesa, który wciąż ową różdżkę Robbinsa posiadał.
A Lily, kiedy w końcu została sama, po prostu wybuchła płaczem. Leżała zakopana po części w pościeli, swój szloch tłumiąc wielką poduszką. Czuła się tak beznadziejnie! W tej chwili nie miała na nic ochoty. Dziękowała tylko w duchu, że pozwalają jej w samotności przetrawić ten ból. Bo serce bolało ją mocno, zapewne od nadmiaru wrażeń. Bo już sama nie wierzyła, że to mogą być problemy z ciśnieniem.


* * * * *



- Nie wierzę! Jak to zrobiłeś? – Dorcas była zachwycona.
Wparowała szybko do dormitorium Huncwotów. Na szczęście był tam tylko James, choć było już dosyć późno. Wolała nie domyślać się, gdzie jest Syriusz.
- Właściwie to był pomysł Lilki – odpowiedział James.
Również był w kiepskim humorze. Widziała to jak na dłoni. Czuła, że coś musiało się między nimi wydarzyć i że znów wyszło na to, że będzie tylko gorzej. A myślała, że już gorzej być w ich sytuacji nie może!
Spojrzała przenikliwym wzrokiem i chciała zapytać, co się stało. Wiedziała jednak, że dzisiaj, tuż po wydarzeniu, to nic by nie dało. Znała chłopaka dosyć dobrze. Wzruszyła więc nieznacznie ramionami, uśmiechnęła się do niego ciepło i ruszyła od razu do dormitorium. Zamierzała tylko zabezpieczyć gdzieś i schować ową różdżkę i zaraz wysłać list do Ślizgona. Kiedy jednak spojrzała na łóżko Lily i zobaczyła przyjaciółkę w takim stanie, przystanęła na samym progu. Po chwili już przytulała Gryfonkę, chociaż ona nawet nie wstała, by jej to ułatwić.
- Dorcas, proszę cię. Daj mi chwilę, żebym… żebym przestała tak bardzo siebie nienawidzić.
Stłumiony głos Evans przeraził Meadowes. Nienawidzić?
Czuła się taka bezradna! Jak mogłaby pomóc? Odchodząc?
Wstała, z bólem patrząc na leżącą w łóżku osóbkę, szybko schowała i zabezpieczyła czarami swoją zdobycz i wyszła, myśląc, jaki świat jest beznadziejny.

Jak często udzielają się nam nastroje naszych przyjaciół! Czy jednak przez dzielenie się cierpieniem możemy pomóc? Czy czasem nie sprawimy, że najbliżsi poczują się przez to gorzej? Bo kto chce być sprawcą czyichś zmartwień?
A mimo to przyjaciele zawsze podzielą z nami cierpienie. Bo inaczej nie potrafią. Czasem to rzeczywiście pomoże.


* * * * *



Collin westchnął zniechęcony. To zadanie go przerastało. Chciałby, tak jak Severus, być tak pewnym, że im się uda. Ale nie był.
Do tego ten list. Jak jej się udało wykraść tę różdżkę? Przecież na pewno miał ją w dormitorium. A tam chyba ta Gryfonka nie dotarła. A może jej nie docenił?
Teraz to nawet dobrze, nie miał głowy na podrywanie dziewczyny. Był lekko przerażony odpowiedzialnością, jaka na niego spadła.
Westchnął ciężko i ruszył spokojnie na umówione spotkanie. Wymiana różdżek. Doprawdy, ironia losu. Nawet nie próbował już jakoś jej przechytrzyć. Nadrobi to kiedyś, teraz potrzebował swojej broni.


* * * * *

"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Między wzniosłością a prostotą.

piątek, 18.grudnia.2009, 20:49
Kochani! :*:*

Tym razem nie mam dla Was notki. To, co mam już napisane pewnie by w zupełności wystarczyło, ale chciałam móc Wam obiecać na Święta coś wyjątkowego.
Dlatego też powiem, że notka ukaże się w Wigilię. Myślę, że w godzinach popołudniowych, między dwunastą a piętnastą.
Mam nadzieję, że będzie to najdłuższa do tej pory notka na blogu. Do tego dążę ;p Ale nie obiecuję już, że się uda.

A tymczasem przed Wami dwa wiersze - podobna, wręcz identyczna tematyka, podobne przesłanie, ten sam tytuł, ten sam autor - ja. Chcę wiedzieć, które z nich podoba się Wam bardziej.
Ja sama nie potrafię wybrać, a chcę jeden z nich dać na konkurs być może... Zobaczymy. Bardzo mi zależy na Waszych opiniach w tej sprawie!


Lekarz niezawodny

Leczy po cichu
Bez żadnego rozmachu
Nie potrzeba mu pochlebstw, szacunku, uznania
Nie oczekuje nic z zamian

Pomaga i bez tego.
Darów żadnych nie przyjmuje
Jest zrównoważony, stoicki, niezmienny
Swoim przekonaniom wierny.

Nie chciałam, by przychodził
Wzbraniałam się rękami i nogami
On i tak przyszedł i leczył, ratował, pomagał
Bo taką ma naturę.

Tak bardzo nie chciałam!
Wciąż na nowo rozdrapywałam swe rany
Bo nie mogę zapomnieć! Nie mogę i nie chcę.
A on leczył mimo to.

Już coraz słabiej Twoją twarz widzę.
Jesteś niemrawym, mglistym wspomnieniem.
Jednym tchnieniem obudziłbyś żywe me marzenia
Ale ciebie nie ma.

Jest za to lekarz. To jego wina.
Choć bardzo nie chcę, już powoli zapominam.
Wzrok mój odwraca ku mniejszym radościom.
A ja tryskam złością.

Uciekałam do ciebie, wracałam myślami
Na siłę twą twarz malowałam w wyobraźni.
Coraz mniej szczegółów, coraz gorsza jakość…
Nienawidzę cię, lekarzu!

Choć zraniłeś mnie mocno, kochanie
To przecież źle o tobie zapomnieć.
Tak wielką miłość, tak cudowne uczucie
Lekarz wymazuje, jak gumką.

Znów biała kartka? Od nowa zaczynam?
Nie, ślad pozostał, zawsze pozostanie.
Ale lekarz sprawia, że mniejsze ma znaczenie
Nic już nie zmienię.


Nie wierzyłam, nie chciałam by Czas wszystkie rany uleczył…
Bardzo nie chciałam…



* * * * * * * *


LEKARZ NIEZAWODNY


Nie chcę żyć, a żyję
Chcê usychać z tęsknoty, a kwitnę
Szarości życia chcę, a ono promienieje
Smutnej twarzy, a uśmiech na niej widnieje.

Nie chcę żyć dalej, jakby nigdy nic
Dlaczego potrafię normalnie żyć?

Zaszedłeś, Me Słońce, noc ciemną widzę
A serce raduje się, bo gwiazdki mrugają
Nie chcę zapomnieć - to samo przychodzi
Rozum me gorące uczucia chłodzi.

I choć zarzekałam, że lekarz nie pomoże
On przyszedł i leczy choć wzbraniam się jak mogę.
Choć rany rozdrapuję, bo to źle zapomnieć
Rysów Twej twarzy nie potrafię sobie przypomnieć.

Jesteś, Moje Słońce mglistym już wspomnieniem
choć obudziłbyś marzenia jednym tylko tchnieniem
Bledną jednak one, lekarza to wina
Sprawia, że powoli o Tobie zapominam.

Rozjaśniłeś moje życie, lecz zaszedłeś, a u mnie wciąż jasno
choć źródło mej radości, Moje Słońce zgasło
To wszystko lekarz, on jasnością tchnąć potrafi
Tak, że sensu życia nie mogę sama zgasić.

Nie chciałam wierzyć, że Czas wszystko uleczy...
Tak bardzo nie chciałam...



* * * * * * * * *

I co Wy na to?
Liczę na Wasze szczere opinie!
"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dajmy sobie Czas. Tylko czy to ma sens?

sobota, 12.grudnia.2009, 19:18

Cześć! :*

Kolejna notka przed Wami! Miała pojawić się dopiero jutro, ale zawsze miałam słabość do dni urodzin miesiąca. A więc jest - 12.12 ;D
Krótko dosyć dzisiaj, ale to dlatego, że kolejny, napisany juz wątek, jest tak długi, jak cała dzisiejsza notka. Więc zostanie na następny raz.
Nie wiem, kiedy będzie kolejna część. Niby już prawie gotowa, ale w tym tygodniu mam tak dużo zajęć, że mogę nie mieć kiedy jej dokończyć.
Poza tym dochodzi kwestia Świąt, więc muszę przemyśleć co i jak. W końcu należy Wam się jakiś prezent również ode mnie, w postaci np. długiej i ciekawej notki. Myślę, że mi się uda ;)

Notka z dedykacją dla Casiopeji :D :* Bo spodoba jej się króciutkie wspomnienie o Julie. No i dlatego, że czeka niecierpliwie! :*:*

Zapraszam do czytania!




* * * * *



- Spieprzaj, Pettigrew!
- Ale… chcę coś wiedzieć… - jęknął żałośnie.
- Cholera jasna, trzeba do ciebie gadać jak do słupa? W którym języku rozumiesz? Może tchórzy? – zaśmiał się szyderczo.
Chłopak odsunął się zalękniony.
- Mówią, że każdy może…
- Zwariowałeś?!
Peter wzdrygnął się i cofnął o krok.
- Do armii Czarnego Pana będą należeć tylko doborowi czarodzieje czystej krwi. Nie jakieś pomioty, przypominające ludzi – prychnął pogardliwie.
- Ja mam czy… czystą…
- Miej sobie nawet błękitną. Idiotów z Gryffindoru nigdy nie przyjmą.
Rozmówca zmrużył niebezpiecznie czarne oczy.
Glizdogon jakby bardziej skulił się w sobie.
- Znikaj stąd, oczy mnie bolą od patrzenia na takie ścierwo.
Chłopak odwrócił się powoli i zgarbiony odchodził powoli.
- A jeśli się wykażę? – zapytał, stając z miejscu.
Odpowiedział mu śmiech.
- Nie kpij. Wiesz w ogóle, co to słowo znaczy?
Pettigrew mruknął coś pod nosem i znów zaczął odchodzić.
- I nie przychodź więcej, rozumiemy się? Nigdy cię nie przyjmą, jesteś za słaby, brak ci inteligencji i masz idiotycznych przyjaciół. Wypisz, wymaluj – Gryfon. Chętnie bym was wszystkich powybijał, z kilkoma dosłownie wyjątkami.


* * * * *



Syriusz niczym niewzruszony spróbował usiąść na podłodze. Szybko musiał z pomysłu zrezygnować – posadzka była tak zagracona, że ciężko było choćby nogą ruszyć, nie mówiąc już o siadaniu. Odwrócił się więc twarzą do ściany z miną cierpiętnika, nucąc coś pod nosem.
- Syriuszu, porozmawiaj ze mną.
- Nic nie słyszę! – zanucił głośno, zatykając uszy palcami.
- Nie bądź dzieckiem! Czemu nie dasz nawet szansy?
Odpowiedziało jej milczenie.
- Świetnie. Skoro nie chcesz rozmawiać, będzie monolog. To ON mnie pocałował! – powiedziała dobitnie. – A ja, przyznaję, powinnam inaczej zareagować. Ale byłam w szoku, w końcu kto by się spodziewał, że jakiś obcy facet pocałuje cię na środku Sali! Dlatego nie uderzyłam go w twarz, chociaż…
- Czy tam na zewnątrz jest Lily? – przerwał jej stanowczo.
Westchnęła cicho.
- Nie wiem.
- Jak zwykle perfekcyjnie dopracowany plan – mruknął ironicznie.
- Zupełnie jak u was, prawda? – odpowiedziała w podobnym tonie.
Znów jedyną odpowiedzią na jej słowa była cisza. No cóż, wiedziała, że to nie będzie łatwe. Modliła się tylko o cierpliwość, bo tej zaczynało jej brakować.
- On pocałował mnie, bo zobaczył ciebie. Chciał się odegrać i wykorzystał do tego mnie. Świetnie, prawda? Czuję się jak szmaciana lalka, jak przedmiot zemsty. Słyszysz, jak przedmiot! Niezbyt to miłe uczucie…
Przerwała na chwilę. Black nadal stał do niej tyłem, ale już nie nucił, co uznała za dobry znak.
- Nie wiem, co według ciebie powinnam była wtedy zrobić. Uderzyć go? Proszę bardzo, tylko za bardzo się śpieszyłam, żeby ciebie dogonić. I tak mi się nie udało, daremny trud. A może miałam uraczyć go jakimś strasznym zaklęciem? Nie znam takich, a nawet gdybym znała, nie zdążyłabym wyciągnąć różdżki. Od razu wybiegłeś, a ja za tobą.
Chłopak oparł głowę o ścianę.
- Wiem, dobrze wiem, że moja reakcja mogła być gwałtowniejsza. Ale daj spokój, przecież to był tylko jakiś głupi pocałunek? On tak wiele dla ciebie znaczył? Tym bardziej, że to nie ja całowałam! To się nie działo z mojej woli! Nie uważasz, że trochę przesadzasz? – skończyła ostrożnie.
Patrzyła uważnie na Gryfona, doszukując się jakiejkolwiek reakcji na jej słowa. Nic. Pokręciła głową i odsunęła się na tyle, na ile pozwalały ograniczenia.
Po głowie krążyły jej różne myśli. Nie miała już pomysłu, myślała, że uda jej się namówić go do rozmowy. A jednak zaskoczył ją, nie chciał w żaden sposób jej pomóc. Chwyciła się ostatniej deski ratunku. Normalnie nigdy by tak nie zrobiła, ale naprawdę zależało jej na Syriuszu. Chciała być pewna, że zrobiła wszystko, co z jej mocy.
Black powoli odwrócił się i oparł plecami o ścianę. Patrzył najpierw nieobecnym wzrokiem na podłogę, potem powoli szedł w górę. Zatrzymał się na twarzy Dorcas. Jego oczy były zimne i smutne. Nadal miał do niej żal, widziała to wyraźnie.
Zrobiła krok ku niemu i znalazła się parę centymetrów od jego ciała. Uśmiechnęła się nieśmiało i szepnęła:
- Chciałabym, żeby było jak dawniej… długo już zwlekaliśmy, tęskniłam strasznie. Zapomnijmy o tym głupim incydencie…
Zbliżyła się jeszcze bardziej. Oddychała szybko, on również. Oboje silnie to przeżywali.
- Kocha…
- Nie mów tego. – przerwał jej.
Czar prysnął. Spojrzała na niego zaskoczona i uniosła pytająco brwi.
- Dorcas, myślę… że nawet dobrze się stało. Dużo… dużo rzeczy przemyślałem…
Nie mógł oderwać od niej wzroku. Była tak blisko!
- …i doszedłem do wniosku, że dobrze nam zrobi chwila przerwy.
- Proszę cię…
- Ja… miałem dużo czasu do namysłu. Po prostu chcę póki co z nikim się nie wiązać. Dajmy sobie czas, pobądźmy trochę sami. Jeśli nadal będzie nam siebie brakować, wrócimy. Teraz ja już sam nie wiem, czego chcę. Narobiłaś mi sporego mętliku w głowie – uśmiechnął się niemrawo.
- Syriusz, ja nie dam rady. Nie wytrzymam. Cały czas strasznie za tobą tęsknię. Codziennie rano, po południu, wieczorem, na lekcjach i w Wielkiej Sali… Ja stale o tobie myślę. To się nie zmieni.
Chłopak popatrzył na nią uważnie.
- Nie chcę jeszcze wracać do tego, co było. A może i tobie ta sytuacja wyda się lepsza. Nie jestem zły o ten pocałunek, chcę, żebyś to wiedziała. Uznaję to za przeszłość. Ale nie chcę jeszcze wracać do tego, co było. Może kiedyś, może już niedługo. Zobaczymy, co czas pokaże.
Spojrzała na niego smutno. Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. Właśnie jej oznajmił, że nie chce już z nią być. Że potrzebuje czasu, chce przerwy. To musi być jakiś sen! Syriusz, który jeszcze kilka miesięcy temu twierdził, że ja kocha, że bez niej nie wytrzyma, teraz chce przerwy? A co z nią? Ona, Dorcas chciała wrócić do Gryfona. Dlaczego nie może?
Zobaczył, że sprawił jej ból. Choć nie płakała, nie rozpaczała, nawet twarz pozostała nadal bez wyrazu, widział wyraźnie w jej oczach, jak bardzo ją zranił. Ale nie cofnie już słów. Nie zmieni zdania. Był pewien, że to najlepsze rozwiązanie.
Zrobił delikatny ruch, jakby chciał ją przytulić. W ostatnim momencie cofnął rękę.
- Dorcas…
- Proszę cię, nic już nie mów – wyszeptała cicho. Głos jej się łamał, tęczówki błyszczały. Widział, jak łzy powoli napływają do jej oczu, czuł, że zaraz się rozpłacze. Gdyby tylko miał różdżkę pewnie od razu by stąd uciekł. Nigdy nie mógł patrzeć na płacz kobiety.
Przytulił ją. Delikatnie ale stanowczo przycisnął ją do siebie, gładząc machinalnie włosy. Jak dawno nie miał jej w objęciach! A teraz… znów poczuł jej zapach, cudowny zapach. Odetchnął głęboko.
Stali tak bez ruchu kilka chwil, przytuleni do siebie. Nic nie mówili. Oddech Dorcas powoli się uspokajał. Nie widział na szczęście łez, czuł tylko mokry rękaw.
Dziewczyna oderwała się od niego i ostatni raz spojrzała na niego. Nie ukrywała uczuć, z oczu wyzierał bezbrzeżny smutek, ślady łez błyszczały na policzkach.
Nawet nie wiedział, jak to się stało. W jednym momencie patrzył w jej zapłakane oczy, a w następnym całował zachłannie. Tak mu jej brakowało! Ale jeśli teraz do siebie wrócą… Nie mogą. To za wcześnie.
Oderwał się od niej delikatnie, muskając jeszcze jej wargi. Jak na pożegnanie.
Zapukał delikatnie w drzwi i spojrzał na nią ostatni raz. Uśmiechnął się delikatnie. Nie potrafiła odpowiedzieć mu tym samym.
- Wszystko w porządku, Dorcas? – usłyszeli głos Lily.
- Tak, możesz otworzyć – odpowiedziała przyjaciółka niewyraźnie. Głos miała lekko zachrypnięty od płaczu.
Chwilę później drzwi otwarły się, skrzypiąc cicho.
- To jak, wyjaśniliście sobie już wszystko? – zapytała uśmiechnięta od ucha do ucha Evans.
- Można i tak powiedzieć – odpowiedział Syriusz i zniknął w drzwiach sowiarni.
Lily spojrzała uważnie na Dorcas i już po chwili trzymała ja w ramionach.


* * * * *



Przez kilka następnych dni Dorcas chodziła przygnębiona. Zapomniała chyba, jak to jest uśmiechać się szczerze, nie mówiąc już o śmiechu. A zawsze była tak beztroska i pogodna! Syriusz widział wyraźnie, że sprawił jej ból, że ja zranił, ale pozostał nieugięty. Wiedział, że po kilku dniach, kiedy już dziewczyna wszystko sobie spokojnie poukłada w myślach, wróci do siebie i będzie jak kiedyś. Z małą różnicą – nie będą razem.
Mylił się trochę, bo różnica będzie zapewne większa. Zanim zaczną ze sobą normalnie rozmawiać, minie pewnie sporo czasu. A kiedy odbudują cos na kształt przyjaźni? Długa będzie do tego droga. Syriusz zdawał się o tym nie myśleć, trzymając się teorii, że niedługo wszystko będzie dobrze. Powtarzał to sobie do znudzenia.
Myślał nawet, czy nie umówić się z jakąś inną dziewczyną. Zrezygnował jednak z tego szybko. Nie miał ochoty na randki, a poza tym wiedział, że to nie wpłynęłoby dobrze na stan Gryfonki.
I tak przeleciał kolejny tydzień lutego. Lily ostatnio coraz częściej zauważała jasnowłosą Krukonkę. Dowiedziała się nawet, że na imię jej było Julie. Nie chciała się przed sobą przyznawać, ale na myśl, że ta dziewczyna mogłaby zostać dziewczyną Jamesa, buntowała się w duchu. A to przecież było strasznie egoistyczne i samolubne! Sama przecież nie chciała, żeby on został jej chłopakiem, a nie przyjmowała do wiadomości, że mógłby mieć inną dziewczynę. Tłumaczyła sobie, że po prostu owa Julie nie jest dla niego odpowiednia. Ale w końcu on sam powiedział, że jedna dziewczyna w szkole bardzo mu się podoba. A to była jedyna, której udało się do niego zbliżyć. Oprócz Dorcas i Ann i niej, Lily oczywiście.
Na szczęście cały tydzień nie widziała ich ani razu razem. Nie rozmawiali ze sobą, nie spotykali się, nic. Evans czuła się podle, że tak go kontroluje. Obiecała sobie, że więcej nie będzie go szukać wzrokiem. A tym bardziej Krukonki.
Remus wracał do siebie po pełni. Twarz nabierała koloru, zadrapania goiły się szybko dzięki pani Pomfery, a uśmiech nie opuszczał jego twarzy. Razem z Ann często uciekali gdzieś z dala od ludzkich oczu i wracali szczęśliwsi. Dużo rozmawiali, o wszystkim i o niczym. Lęki Ann, które niegdyś nie chciały jej opuścić, teraz zniknęły. Bała się kiedyś, że nie będą wiedzieli, o czym rozmawiać, że zaczną się sobą nudzić po tak długim czasie bycia razem. A jednak nie, miała wrażenie, że każdego dnia jest lepiej, niż poprzedniego, chociaż wydawało się to niemożliwe. Powoli więc umacniali wieź, która ich łączyła i wyglądało na to, że już nic nie zdoła ich rozdzielić. Przyszłość jest jednak tak nieprzewidywalna! Kto może wiedzieć jakie niespodzianki naszykuje?


* * * * *


"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Słowa niewypowiedziane. Sowiarnia.

środa, 9.grudnia.2009, 19:12

Cześć, kochani! :*:*
Kasiu, cudownie, że wróciłaś! Mam nadzieję, że będziesz wpadać od czasu do czasu.
Notkę chciałabym zadedykować autorkom bloga http://kopciurek.blog.pl/
Chociaż piszą o bohaterkach skrajnie różniących się od tych moich, które łączy z Huncwotkami jedynie dom (Gryffindor), obie autorki swoja wytrwałością regularnie dostarczają mi weny. To dzięki nim notki mogą pojawiać sie częściej.
A na początku myślałam, że będzie odwrotnie. ;) Dzięki, dziewczyny! :*:*
Ta notka jest dla Was, chociaż nie ma tu Severusa ;p
Oczywiście wszystkich innych również zapraszam do czytania!
Kochana Casiopejo, uwielbiam Cię! :D :* Tyle tylko powiem. I nie złość się na mnie, chociaż im więcej emocji w Tobie wyzwalam, tym większą dumę czuję.

Uwielbiam czytać Wasze komentarze, proszę, naskrobajcie kilka słów!




* * * * *




- Słuchajcie, mam pomysł. Ale musicie mi pomóc – odezwała się półszeptem Dorcas.
Trwała lekcja zaklęć, siedząc w ławkach uczniowie próbowali niewerbalnie sprawić, żeby piórom wyrosły nogi, piórnikom skrzydełka a kałamarze podskakiwały do muzyki, której nikt nie słyszał.
Jako, że zaklęcia miały być niewerbalne, panować powinna względna cisza, co rzadko się zdarzało na tych lekcjach. Nie można było spokojnie porozmawiać, dlatego właśnie Dorcas, rzucając propozycję, uważała, by nauczyciel niczego nie usłyszał.
- Zaczynam się bać – szepnęła z uśmiechem Ann.
- Ja mam tylko nadzieję, że będzie lepszy od poprzednich – powiedziała z błyskiem rozbawienia w oku Lily.
Machnęła różdżką, skupiając się maksymalnie. Po chwili jej ulubione pióro miało krótkie, masywne nóżki i poruszało się niepewnie po stole.
- Świetnie, panno Evans! Robi panienka ogromne postępy! Dziesięć punktów dla Gryffindoru!
Dziewczyny spojrzały na przyjaciółkę z podziwem – jej pierwszej się to udało. Zaraz jednak profesor Flitwick szybko ruszył do stołu Huncwotów, na których głowami latał sobie spokojnie piórnik Lupina. On jedyny jeszcze go posiadał. Aczkolwiek zaklęcie tak skutecznie rzucił, jak się okazało, Syriusz.
Uśmiechnął się lekko do profesora, odrzucając włosy do tyłu. Ktoś cicho westchnął. Gryfonki spojrzały na siebie i szybko stłumiły chichot. Kolejna zakochana dziewczyna?
- Dobra, mów, co to za pomysł – odezwała się Ann, patrząc na Meadowes z oczekiwaniem.
- Nic strasznego, po prostu dużo myślałam, co mam zrobić, żeby móc spokojnie porozmawiać z Syriuszem.
- Prosta sprawa, wystarczy rzucić w niego Zaklęciem Pełnego Porażenia Ciała i wypowiedzieć nad nim swój monolog – zironizowała z uśmiechem Evans.
- Bardzo zabawne, choć przyznam się, że myślałam nawet o tym. W końcu przynajmniej by mnie wysłuchał. I nie rzuciłby we mnie jakimś paskudnym zaklęciem. – dodała ponuro.
- Ale…? – spytała Lorens.
- Ale pewnie i tak uraczyłby mnie tym zaklęciem, gdy tylko odzyskałby władzę nad ciałem. To tylko pogorszyłoby sprawę – westchnęła ciężko brunetka.
- Nie poznaję cię! Gdzie jest Dorcas i jej spontaniczne myślenie?! – Lily udała, że szuka kogoś w pobliżu.
Wszystkie trzy zaśmiały się cicho.
- Dziewczyny! Co to ma znaczyć? Ćwiczymy zaklęcia! – ofuknął je piskliwym głosem profesor.
- Przepraszamy! – zamruczały zgodnie, wracając do nieszczęsnych piór, piórników i kałamarzy.
Kilka minut potem zabrzmiał wyczekiwany dzwonek. Klasa szybko opuściła pracownię i rozeszła się po korytarzach, trajkocząc wesoło. Gryfonki ruszyły do Pokoju Wspólnego. Miały teraz dwie godziny przerwy przed kolejnymi zajęciami – transmutacją.
Oczywiście nie dane im było leniuchować, musiały szybko dokończyć wypracowanie dla McGonnagal, żeby nie zasłużyć sobie na szlaban. Pisanie jednak nie przeszkadzało im w rozmowie, szybko więc wróciły do poruszanego wcześniej tematu.
- A więc… myślałam o tym, żeby… ale pomożecie mi, tak? – upewniła się Dorcas.
- No cóż, musimy to poważnie przemyśleć… – zaczęła rudowłosa, ale Ann szybko jej przerwała.
- Oczywiście, że tak – rzuciła, pokazując język Evans. Ta odwdzięczyła się tym samym.
- Jasne, że ci pomożemy – powiedziała. – Chociaż boję się pomyśleć, w czym.
Meadowes szturchnęła ją lekko w ramię i dziewczyny znów zachichotały.
- Dobra, posłuchajcie…

A jednak po minach przyjaciółek było widać, że pomysł nie był taki zły. Istniało nawet sporo prawdopodobieństwo, że się uda. A od pomyślności tej akcji miało wiele zależeć.


* * * * *



Lily spacerowała zamyślona po korytarzach. Miała dziś patrolować, razem z Remusem. Nie wiedziała jednak, gdzie chłopak się podziewał, więc sama ruszyła, by wypełnić obowiązki. Najprawdopodobniej teraz nawet by nie zauważyła, gdyby działo się cos złego – tak bardzo była pogrążona w własnych przemyśleniach. Ostatnio dużo rozmyślała. Prowokowali ją do tego przyjaciele, najpierw Syriusz i Dorcas, potem James. Czasem martwiła się o Remusa, którego nieszczęsna przypadłość (lub, jak to mówi Potter: „Mały, futerkowy problem”) ciągle sprawiała mu ogromny ból. A na cierpienie bliskich nigdy nie patrzy się bez uczuć, wręcz przeciwnie.
Spacerowała właśnie po korytarzu na siódmym piętrze, tuż przy portrecie Grubej Damy. Oj, chętnie by tam wróciła zanurzyła się w cudownie miękkim fotelu przed kominkiem. Ale nie ma sensu narzekać na obowiązki, bo przecież i tak trzeba je wypełnić.
Ktoś szybko przebiegł obok niej, niemal ją potrącając.
- Ej! Co to ma być? Cisza nocna już jest! – zawołała za chłopakiem.
Ten odwrócił się zaskoczony.
- Evans?!
- James? Gdzie ty tak lecisz?
- Lily, jest pełnia. – powiedział, patrząc na nią dziwnie.
Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, zupełnie zaskoczona.
- Zapomniałam! – powiedziała lekko przerażona. – A ja się zastanawiałam, czemu Remus nie patroluje razem ze mną! Głupia! Jak mogłam zapomnieć?
- Spokojnie, Lily – chłopak patrzył na nią, lekko rozbawiony. – Przecież nic się nie stało.
Gryfonka spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, po czym zaśmiała się cicho.
- Musisz już iść? – spytała.
- Tak będzie najlepiej – odparł.
Miała wrażenie, że chodzi mu nie tylko o Remusa.
- Może chociaż pójdę z tobą pod Drzwi Wejściowe? – zaproponowała. – Żeby nikt nie wlepił ci szlabanu.
- Właściwie… miałem założyć pelerynę-niewidkę… Ale…
- Nie ma sprawy! – rzuciła szybko.
- …ale chętnie z tobą pospaceruję – dokończył z uśmiechem.
Pani prefekt odpowiedziała mu tym samym i ruszyli w dół schodami.
- Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy – zaczęła niepewnie.
- No tak. Nie było kiedy, trochę się porobiło…
- Właśnie. To jak tam Syriusz? I w ogóle, co u was słychać? – spytała ciepło.
- A wiesz, Łapa chyba powoli wraca do siebie. Częściej się śmieje, ma ochotę na kawały… Mam nadzieję, że niedługo wszystko będzie po staremu – dodał.
- Po staremu w jakim sensie? – spytała smutno. – Nie chcesz, żeby wrócili do siebie?
Westchnął.
- Lily, ja chcę tylko odzyskać starego przyjaciela. Jeśli przy tym będzie szczęśliwy z Dorcas, to świetnie. Ale sama widzisz, że na to się nie zanosi.
- No tak – potwierdziła z ciężkim sercem. – A co u Petera? Dawno nic o nim nie słyszałam.
- Chyba jest szczęśliwy. – wzruszył ramionami chłopak. – Ostatnio ciągle chodzi gdzieś z tą swoją Jacklyn. To dobrze. Niech chociaż jemu się szczęści.
- Lupin też chyba ma sobie dobrze z Ann, nie?
- Tak, ale Gwizdek nie musi co miesiąc zmieniać się w wilczka – uśmiechnął się zawadiacko. – Ale masz rację, Lunio jest bardzo szczęśliwy.
- A ty już nie? – spytała.
- No, mnie do szczęścia daleko – powiedział lekko. – Ciężko tryskać szczęściem przy Syriuszu – puścił jej oczko. Ale nie narzekam, zawsze może być gorzej.
Chwilę szli w milczeniu.
- A nie masz może przypadkiem jakiejś dziewczyny na oku? – spytała ostrożnie, mając przed oczami wizerunek owej jasnowłosej Krukonki.
- Lily, błagam cię, chyba nie będziesz próbowała mnie swatać?
- Oczywiście, że nie! – żachnęła się. – Po prostu pytam. Masz?
Chłopak westchnął.
- Tak, mam. Jedną.
Evans odwróciła wzrok rozczarowana. Nie pytała więcej, była pewna, że chodzi o tę Krukonkę. Dochodzili już powoli do Sali Wejściowej. Szli w milczeniu, każdy pogrążony w swoich myślach.
- To co? – odezwał się James, gdy już stanęli przy drzwiach. – Czas się rozejść, panno Evans – zaczął wesołym głosem.
Lily zbliżyła się do niego i powiedziała miękkim głosem:
- Uważaj na siebie, James.
- Nie bój nic, pani prefekt – dalej żartował w najlepsze.
- Boję się o was. Bądźcie ostrożni – poprosiła.
Ten spojrzał jej prosto w oczy i odpowiedział ciepło.
- Lily, przecież wiesz, że my tak nie potrafimy.
Jak zahipnotyzowany patrzył w jej jasnozielone tęczówki. Powinien był już iść, zanim będzie za późno. A jednak nadal stał w miejscu. Machinalnie podniósł rękę i delikatnie pogładził jej policzek. Zaskoczona poczuła, jakby jakiś prąd przebiegł przez jej ciało. Uśmiechnęła się delikatnie.
- Na mnie już czas – powiedział nagle, odsuwając się. – Do zobaczenia jutro, Lily.
Potrząsnęła głową i wyszeptała cicho:
- Do zobaczenia.
Pewnie już jej nie usłyszał. Drzwi zamknęły się za nim cicho. Dziewczyna odwróciła się i ruszyła z powrotem, mając spory mętlik w głowie.


* * * * *



Kto jeszcze?
Byli pewni, że tylko oni wiedzą o tego rodzaju magii.
Ba, wiedzą! W życiu by nie przypuszczali, że ktoś jeszcze mógłby się nią interesować! Próbować się nauczyć.
Swoja drogą głupio myśleli – kto by nie chciał czytać w ludzkich umysłach?
No właśnie. Kto?
Dlaczego Lily nie chciała nic powiedzieć, tylko udawała głupią. Kogo kryje i po co?
Za dużo pytań, pytań, jak na razie bez odpowiedzi.
W grę wchodzi jeszcze duma. Jak ktoś mógł nauczyć się legilimencji wcześniej od nich? Bo z rozmowy wynikało, że ten ktoś już potrafił ją stosować.
Te myśli nie dawały Syriuszowi spokoju. Ale co mógł zrobić? Jak się dowiedzieć czegoś więcej, odpowiedzieć na chociaż część pytań?
Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Siedział sam w pokoju Wspólnym. Lupin tłumaczył Peterowi transmutację w dormitorium. Jutro mieli mieć sprawdzian. James chyba poszedł do Łazienki Prefektów. Miał chłopak przywileje – był kapitanem drużyny Qudditcha. Dlatego też Black nie miał towarzystwa. Nie narzekał specjalnie. Przynajmniej miał czas, żeby przemyśleć to i owo. Nie o Dorcas, oczywiście. To była już sprawa zamknięta. Nieważne, co się wtedy stało. Miał głupie wrażenie, i nie umiał się go pozbyć, że dziewczyna wcale za nim nie tęskni. Może to i dobrze.
Postanowił, że przeanalizuje jeszcze raz cały mechanizm owej legilimencji. Może coś przeoczył.
Siedział więc w kącie, nieco oddalony od kominka, kiedy w okno zapukała sowa. Ktoś wpuścił ją do środka. Był środowy wieczór, w pokoju siedziało sporo uczniów. Ale sówka podleciała prosto do niego. Spojrzał na zwierzątko zaskoczony. Przecież jemu nikt listów nie wysyłał! Bo i kto miałby to robić? Przecież nie rodzina. On nie miał żadnej rodziny.
Zsunął liścik z nóżki ptaka i popatrzył na niego przepraszająco. Nie miał przy sobie ani okruszka, żeby mu dać przekąsić. Sówka jednak zahukała przyjaźnie i odleciała, zapewne do sowiarni, gdzie czekały na nią smakołyki.
Zaintrygowany rozwinął liścik.


Syriuszu!
Przyjdź natychmiast do sowiarni! Proszę cię, to bardzo ważne!

Lily.


O co tu chodzi? Nie miał pojęcia, ale co mu szkodzi sprawdzić?
Uśmiechnął się zawadiacko. Czekał go spacer po niemal pustym już Hogwarcie. Poczuł dreszczyk emocji, dawno tego nie robił. Nie myśląc więc dłużej, ruszył prosto do Zachodniej Wieży.
Po jakichś pięciu minutach spaceru dotarł bez przeszkód do sowiarni. Po drodze oczywiście podrzucił łajnobombę do kanciapy Filcha. Nie miał czasu na wymyślanie lepszych kawałów, ale i ten nie był taki zły.
Wszedł powoli do miejsca pełnego sów. Jak dawno go tu nie było! Już zapomniał, kiedy ostatni raz wysyłał list! Bo i do kogo? Jedynie do przekazania prezentów używał ostatnio sowy, ale wtedy wysyłał je z domu Jamesa.
- Lily? – zawołał cicho.
Wszędzie szumiały i pohukiwały ptaki. Usłyszał jednak jakiś cichy głos. Dochodził chyba ze schowka, położonego jakieś dziesięć metrów od drzwi. Jęknął w duchu, spoglądając na podłogę. Żeby tam dojść, będzie musiał się mocno nawycinać, żeby nie wylądować na ziemi. Wszędzie leżała słoma przemieszana z ptasimi odchodami. Cóż, uroki sowiarni.
Ruszył więc dzielnie naprzód, z zwinnością ścigającego omijając ptasie kupy. Dotarł do kantorka i zawołał ponownie:
- Lily?
- Choć tutaj! – usłyszał przytłumiony głos. Nie był nawet pewny czy należał do Evans, ale kto inny mógłby go wołać?
Wszedł dziarsko do ciasnego pomieszczenia i kaszlnął lekko. Po co Lily tam właziła? Było duszno, śmierdziało chyba jakimiś środkami dezynfekującymi i panowały egipskie ciemności. Wyciągnął różdżkę, żeby trochę rozjaśnić schowek, ale nie zdążył nawet rzucić zaklęcia. Różdżka wyrwała mu się z ręki i wyleciała na zewnątrz a on sam został popchnięty w głąb pomieszczenia. Przewrócił się. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Szybko wstał i pchnął je mocno, próbując otworzyć. To nic nie dało. Kopnął w nie mocno, dając upust wściekłości.
- Co jest, do cholery?! – wrzasnął głośno. Ostatni raz walnął pięścią w drzwi. – Niech to szlag!
Oparł się plecami o ścianę i zacisnął pięści, myśląc usilnie. Jak tu się uwolnić? Kto rzucił zaklęcie? Bo nie miał wątpliwości, że różdżkę zabrano mu właśnie zaklęciem. Niewerbalnym.
Usłyszał jakiś szelest. Zamarł, wbijając wzrok w ciemność. Usilnie próbował coś dojrzeć. Nie bardzo mu się udawało.
- Cześć, Syriuszu…
Poznał ten głos! Mógł się od razu domyślić! Cholera jasna!


* * * * *




"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Legilimencja.

niedziela, 6.grudnia.2009, 00:34

Kochani!
Przed Wami długa notka Mikołajkowa! Bywały niegdyś dłużesz, ale z tej i tak jestem zadowolona. Mam nadzieję, że Wy również będziecie!
Liczę na Wasze opinie, na komentarze. Pamiętajcie, że to one są moim 'dopalaczem'.
Ale już dziś mogę obiecać, że notka ukaże się mniej więcej za tydzień. W najgorszym wypadku nieco później.
Zapraszam do czytania! :*:*



* * * * *



- Lily Evans?
- Tak… - potwierdziła zaskoczona, wpatrując się pytająco w jakąś drugoklasistkę.
Była sobota, dzień po feralnym wydarzeniu na środku Wejściowej Sali. Lily siedziała samotnie w Pokoju Wspólnym, próbując skończyć wypracowanie z eliksirów. Gdzie się wszyscy podziali? Dorcas zniknęła, Ann była z Lupinem a reszta Huncwotów zaginęła.
- Jakiś chłopak stoi przy portrecie i chce cię zobaczyć.
- Jaki chłopak? – zdziwiła się rudowłosa.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała ta, wzruszając ramionami. – Nie chciał mi dać spokoju, póki mu nie obiecałam, że cię zawołam. Ślizgon jakiś.
Lily uśmiechnęła się pod nosem. Szybko przeszła przez Pokój Wspólny.
- Sev? – upewniła się, rozchylając wejście.
- Ta głupia smarkula mnie poznała? – westchnął ciężko. – Sprawiała pozory większej idiotki.
- Przestań! – ofuknęła go Evans. – Wiedziała, że jakiś Ślizgon. A wierz mi, w tym domu nie mam więcej znajomych – dodała z nutką goryczy.
Przeszła przez dziurę i znalazła się tuż przy nim.
- To co? Spacer? – zapytał, uśmiechając się jakby ironicznie.
- A bardzo chętnie. Muszę odreagować ostatnie dni.
Zbiegła szybko po schodach, po czym spojrzała na niego rozbawiona.
- No proszę cię, szybciej już nie możesz! – uniosła zabawnie brwi. Chłopak nadal stał na szczycie.
- Ech, Evans. Ty się nigdy nie zmienisz – westchnął, schodząc powoli.
Oczy dziewczyny zabłysły niebezpiecznie. Ruszyła do niego i chwyciła mocno za dłoń, ciągnąc go za sobą. Po chwili biegli korytarzem. Ona roześmiana, on… Z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Niemal jak zawsze.
- To co robimy? – spytała Gryfonka, stając na trzecim piętrze i dysząc ciężko.
Patrzył na nią dziwnym wzrokiem. On nie dyszał, nawet się nie zmęczył.
- Chodźmy do jakiejś pustej sali – zaproponowała, widząc, że chłopak nie zamierza się odezwać.
Znała go, oj dobrze go znała. Już prawie zdążyła zapomnieć, jak specyficzne było jego zachowanie. Całe półtora roku przerwy. Żadnego kontaktu! Teraz poczuła, jak bardzo jej go brakowało.
Weszli ostrożnie do jednej z klas, rozglądając się na boki. Była to siedziba profesor McGonnagall, ale zajęcia się już skończyły, więc sala świeciła pustkami. Usiedli na biurku nauczyciela. Snape ze złośliwym uśmiechem położył nogi na krześle pani profesor.
- Sev, co ty robisz? – syknęła, lekko przerażona Lily.
- Przestań, rozluźnij się. Nic się nie dzieje.
Evans westchnęła i rozłożyła się wygodnie na biurku. Chłopak obserwował ja uważnie, z lekkim uśmiechem, błąkającym się po twarzy.
- To, co słychać u ciebie? – spytała po chwili.
- Jak zwykle.
Spojrzała współczująco.
- Co u mamy?
- Daruj sobie – uciął krótko.
Chwilę milczeli.
- Chciałabym wiedzieć, jak się trzyma… - powiedziała Lily niepewnie, wracając do tematu.
Snape nic nie odpowiedział. Odwrócił głowę i uparcie patrzył w okno. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
Dziewczyna westchnęła cicho, wiedząc już, że nic nie wskóra.
- Nie chciałam ci przypominać – zaczęła lekkim tonem – ale to ty obiecywałeś mi, że zagadasz mnie na śmierć. – uśmiechnęła się, zadzierając lekko brodę.
Ślizgon zaśmiał się cicho.
- Trzymam cię za słowo – dodała jeszcze.
- Dobra, więc… co tam słychać u twoich przyjaciół? – rozpoczął ironicznie.
- Przestań! – szturchnęła go żartobliwie w ramię. – Tego to na pewno nie chcesz wiedzieć!
- Ale właśnie chcę! W końcu to Robbins skłócił ich i dał nauczkę Blackowi. Wierz mi, dziękowałem mu na kolanach.
- No, to już nie jest zabawne. Ten twój kolega to zwykła świnia. Wtrącił się w tak świetny związek!
- Taak… tez nie wiem, co mogło mu się spodobać w Meadowes.
- Sev, bo zaraz sobie stąd pójdę – powiedziała, próbując ukryć uśmiech. Nie do końca jej się to udało.
Chłopak uśmiechnął się szatańsko.
- Myślisz, że bym ci pozwolił?
- Myślisz, że pytałabym cię o zgodę? – odparowała, pokazując mu język.
Przeczesała włosy prawą ręką i uśmiechnęła się ciepło.
- Idziesz na kolejne spotkanie do Slughorna? – spytała.
- A mam wyjście? Chociaż wierz mi, nie ciągnie mnie tam wcale.
- Nie tak ciężko w to uwierzyć. – odpowiedziała. – Ja go oczywiście szanuję, jest świetnym nauczycielem, ale… - urwała.
- Ale jest też napuszonym imbecylem, który strasznie faworyzuje uczniów. – dokończył chłopak. – Łagodnie mówiąc.
Lily zaśmiała się cicho.
Chwilę siedzieli w milczeniu. Jakby nagle obydwojgu zabrakło słów. Gryfonka poczuła się nieswojo. Na dodatek przypomniała sobie ową wędrówkę za Snape’em. Owy strach i pytania bez odpowiedzi.
- Co jest? – spytał, spoglądając na nią uważnie.
Spróbowała się uśmiechnąć. Myślała nawet, że świetnie jej poszło.
- Śledziłaś mnie wtedy – powiedział spokojnym tonem, wciąż patrząc prosto w jej oczy.
- Skąd wiesz?! – zapytała zaskoczona.
Chłopak przewrócił oczami. Już żałował, że się w ogóle odezwał.
- Intuicja? – zapytał retorycznie.
Lily przyglądała mu się podejrzliwie. Ślizgon niemal widział, jakie myśli przelatują jej przez głowę.
- Umiesz czytać w myślach?
- Evans, błagam cię, nie bądź taka dociekliwa.
- To znaczy, że umiesz, tak? – upierała się.
- Nie nazwałbym tego… w ten sposób.
- To jak byś to nazwał? – spytała, podnosząc lekko głos.
Spojrzał na nią zagadkowym spojrzeniem i odpowiedział zrezygnowany.
- Penetrowaniem ludzkiego umysłu…
- Świetnie! – krzyknęła, uśmiechając się ironicznie. – Tak po prostu… jak to było? A… „penetrujesz sobie mój umysł”, tak? Nie przyszło ci do głowy, że naruszasz moją prywatność? Że to niegrzeczne, chamskie i w ogóle niewłaściwe?
- Evans… - jęknął.
- Daruj sobie. To mi się nie mieści w głowie.
Wstała i ruszyła do wyjścia. Chłopak szybko chwycił ją za rękę, nie pozwalając odejść.
- Puść mnie – powiedziała zimnym tonem.
- Lily… - aż podskoczyła. Zazwyczaj mówił do niej po nazwisku. – Lily, obiecuję ci, że więcej tego nie zrobię.
Jej zaciśnięte usta nie wróżyły niczego dobrego.
- Zrobiłeś to o jeden raz za dużo. Chociaż, kto wie, czy o jeden? Przyznaj się, ile razy „penetrowałeś mój umysł”? – jej głos ociekał jadem.
Puścił jej rękę i nic nie odpowiedział.
- Świetnie! – powtórzyła, potrząsając z furią głową.
- Zrozum, ja muszę wiedzieć, co się u ciebie dzieje!
Zmroziła go wzrokiem.
- Gdybym chciała ci powiedzieć, o czym myślę, co się u mnie dzieje, to pewnie bym ci powiedziała, nie sądzisz? A skoro nie mówiłam, to chyba jasne, dlaczego! – znów uniosła głos.
Ruszyła szybkim krokiem do drzwi. Snape zrobił ruch, jakby chciał ją gonić, ale się rozmyślił.
Lily chwyciła klamkę i zamarła. Odwróciła głowę i dodała:
- A jeśli myślisz, że nie wiem, co planujesz zrobić w przyszłości, to się mylisz. Dobrze wiem, że chcesz do niego dołączyć!
- Evans, co ty…
Nie dokończył zdania, bo Gryfonka już wybiegła z klasy i trzasnęła mocno drzwiami.
- Jakżeby inaczej – mruknął ironicznie pod nosem.


* * * * *



Lily wparowała do biblioteki.
- Pani Pince, wie pani w jaki sposób można ludziom czytać w myślach?
- Wiem, panno Evans, ale…
- Jest może u tym jakaś książka? – spytała z nadzieją, przerywając bibliotekarce w połowie zdania.
- No cóż, jest, ale to jest…
- Poproszę ją!
- Panno Evans! Proszę przestać mi przerywać! To jest bardzo skomplikowana magia!
- Nie wydaje mi się – odparła dziewczyna łagodniej. – I przepraszam, że tak pani przerywałam. Jestem dziś lekko nabuzowana.
- Legilimencja to piekielnie trudna umiejętność. Wymaga tak niepospolitych umiejętności, tak mocnego umysłu i…
- Legilimencja? Tak to się nazywa? – znów przerwała.
- Panno Evans!
- Przepraszam!
Pani Pince westchnęła.
- Tak to się nazywa – powtórzyła. – Wielu aurorów nie potrafi z tej magii korzystać. To powinno ci uzmysłowić, jakie to trudne.
- A mi się wydaje, jakby wszyscy naokoło znali moje myśli i czytali je na okrągło! – zbulwersowała się lekko rudowłosa. Potrząsnęła głową.
Bibliotekarka odwróciła głowę z wyrazem irytacji na twarzy. Zniknęła na chwilę w głębi biblioteki, po czym wróciła, niosąc jakaś dosyć grubą księgę.
- Tylko to mi pozostało. Sama teoria, nie ma żadnych wskazówek, jak rzucać czar. I dobrze, uczniowie nie powinni zabierać się za takie czary.
- Nie ma nic więcej? – spytała, lekko zawiedziona.
- Nie, dwie inne książki są na wypożyczeniu.
- I chyba nawet wiem, kto je ma – mruknęła do siebie Gryfonka. – Dziękuję pani bardzo, pani Pince!
Uśmiechnęła się szeroko i wyszła z pomieszczenia, żegnana czujnym spojrzeniem niemłodej kobiety.


* * * * *



Zima z dnia na dzień bardziej srożyła swoje oblicze, robiąc się coraz mroźniejszą i surowszą. Kończył się luty, zaczynał marzec. Mróz co noc urządzał sobie konkursy na piękniejszy wzorek na szybach. Nikt go jednak nie rozstrzygał – wszyscy byli zabiegani i wiecznie zajęci. Nie dało się zapomnieć, że wielkimi krokami zbliżają się egzaminy. Nauczyciele podwajali liczbę zadań domowych, zmuszali do wytężonego wysiłku umysły przemęczonych uczniów i pewnie najchętniej nie dawaliby ani chwili wytchnienia. Skoro szóstoklasiści sporo czasu spędzali teraz nad książkami, to można sobie łatwo wyobrazić, ile musieli go poświecić piątoklasiści czy uczniowie z ostatniego roku. Nad nimi bowiem wisiała perspektywa Sumów i Owutemów. I kto by w takich chwilach rozmyślał nad jakże pięknymi dziełami Mrozu?
A szkoda, wielka szkoda. Umykają nam piękne chwile, nie dostrzegamy uroków świata, nie cieszymy się z małych rzeczy. Bo wciąż brakuje czasu, który przecież od zarania dziejów płynie stałym tempem.
Trudno się więc dziwić, że również książka, tak zapalczywie zdobyta przez rudowłosą Gryfonkę, chwilowo odpoczywała, wygodnie wyłożona w kufrze szóstoklasistki. Samymi spojrzeniami pełnymi tęsknoty i żalu nie można niestety odczytać zawartej treści. A tylko w ten sposób Lily miała niejako kontakt z dziełem.
Dorcas nie pogodziła się z Syriuszem. Wielokrotnie próbowała z nim porozmawiać, on jednak unikał jej jak ognia. Nie był co prawda niemiły w stosunku do brunetki, ale często mroził ją spojrzeniem pełnym pogardy. Sytuację pogarszał oczywiście owy Ślizgon, Robbins, którego to wszystko najwyraźniej wspaniale bawiło. Krążył stale wokół Dorcas, doprawdy czarującym sposobem próbując pogorszyć sytuację. Ale czy dało się tu jeszcze coś pogorszyć?
Wyglądało na to, że podrywanie Gryfonki stało się jego ulubioną rozrywką, a jej cięte i wredne komentarze, spływały po nim jak woda po kaczce. Meadowes była wiecznie przygnębiona, nabuzowana i nie było mowy o dobrym humorze. Czasem złościła się nawet na Syriusza. Tyle zachodu o jeden tylko głupi pocałunek!
Ale tak jej go brakowało! Każdego ranka wspominała na nowo miłe buziaki, budzące ją do życia, każdego wieczoru analizowała wspólnie spędzone chwile. Kochała go nadal, a on nie mógł jej wybaczyć jednego pocałunku.
Sytuacja dla wszystkich była równie nieciekawa. I nie było w tym nic dziwnego. Huncwoci oddalili się od dziewczyn, solidaryzując się z Syriuszem. Jamesowi było to nawet na rękę – im rzadziej spotykał Lily, tym mniej żałował swoich postanowień. Tylko Lupin spotykał się wciąż z Ann, chociaż nie mogli już razem chodzić na zajęcia czy do Wielkiej Sali. Lekko już zdesperowana Evans próbowała rozmawiać z Łapą, ale zwykle przerywał jej słowami: „To nie ma sensu” czy „Daj sobie spokój” Nigdy nie mogła powiedzieć mu tego, co chciała.
A tak chciała wrócić do tego, co było kiedyś! Nie dość, że James się od niej oddalał, to teraz i pozostali ledwie się witali.


* * * * *



- Mam tego dość! – krzyknęła Lily, wpadając do dormitorium chłopaków.
Z impetem zamknęła drzwi i spojrzała wściekłym wzrokiem na zdezorientowanego Syriusza. Był sam, dobrze o tym wiedziała. Zamierzała w końcu mu powiedzieć, co jej się nie podoba.
- Evans, coś się stało? – zapytał ostrożnie, mając na uwadze jej stan.
- Teraz już jestem Evans? Tyle rozmów przebytych, tyle wspólnych chwil, wspólnej radości! Wszystko po to, żebyś mówił do mnie po nazwisku, jak do ledwo poznanej osoby?
- Słucham? Kiedyś też mówiłem ci po nazwisku i nigdy ci to nie przeszkadzało…
- Ale kiedyś wiedziałam, że robisz to dla żartów. A teraz? Nie wiem! A dlaczego? Bo ze sobą nie rozmawiamy!
Chłopak westchnął i pokręcił głową.
- Mogłem się domyślić, że znów o to chodzi.
- Źle byś się domyślił. – odpowiedziała, już spokojniejszym głosem.
Usiadła naprzeciw niego, na łóżku Jamesa i kontynuowała:
- Nie każę ci się godzić z Dorcas. Mimo, że znam historię również od jej strony. Od twojej nie znam, bo przecież odcięliście się od nas, jakbyśmy były zakażone. I to mi chodzi! Czy to, że… jesteś w separacji z Dorcas…
- Jakiej separacji? Ten związek to przeszłość!
- Nieważne!
Syriusz parsknął śmiechem.
- Syriuszu, nie rozumiesz? Mnie nie chodzi o wasz związek, ja chcę tylko wiedzieć, czy nasz przyjaźń była aż tak słaba, że zerwałeś ją tylko przez ten pocałunek?
Uśmiech natychmiast zniknął chłopakowi z twarzy.
- To nie tak…
- A jak? Wytłumacz mi! Pokłóciłeś się z dziewczyną. Czy to znaczy, że musisz się odciąć od jej przyjaciółek? Od SWOICH przyjaciółek?! Czy naprawdę tak mało dla ciebie znaczyła nasza znajomość? Nie brak ci było naszej obecności?
Black nie wiedział, co powiedzieć. Jakby zabrakło mu słów. Chwilę trwała cisza.
- Powiedz tylko, jeśli mam rację, a dam ci spokój, obiecuję. Tak samo Jamesowi, Remusowi i Peterowi. Chociaż Lunatyk rozmawia z nami sporadycznie… - uśmiechnęła się gorzko.
- Przestań gadać głupoty! Oczywiście, że mi was brakowało! Ale… przyjaźnicie się z Dorcas. Ciągle z nią przebywacie. To tak jakbyście uznały, że ona jest tą biedną pokrzywdzoną a ja jakimś strasznym potworem…
- Co ty wygadujesz? – zaśmiała się rudowłosa.
- Ja mówię poważnie, Lily. Kiedy patrzę na was, jak rozmawiacie, żartujecie, uśmiechacie się do siebie… to myślę, jak bardzo jesteście niesprawiedliwe. Widzę Dorcas, która jakby wcale się nie przejmuje tym, że z nami już koniec…
- A widziałeś ostatnio uśmiech na jej twarzy? - spytała, przerywając mu. – Bo ja nie.
Syriusz mrugnął oczami, ale nic nie powiedział. Kontynuował poprzednią myśl.
- Widzę Dorcas, która mimo tego, jak bardzo mnie skrzywdziła, mimo tego, co zrobiła, nadal ma przyjaciółki, które nie dość, że jej wybaczyły, to jeszcze zachowywały się, jakby nic się nie stało! I tak bardzo wtedy chcę, żeby choć w części poczuła się tak źle, jak ja się wtedy czułem! Chociaż w części! Ale nie, jej wszystko uchodzi płazem. Nadal jest szczęśliwą dziewczyną, za którą patrzy z tęsknotą połowa facetów w szkole – dodał z niesamowitym bólem w głosie.
Lily spojrzała na niego ze współczuciem.
- Nie wiedziałam, że tak to odbierasz. A przecież i ja i Ann cały czas próbowałyśmy z tobą też normalnie porozmawiać.
- Tak, tylko i wyłącznie na temat Dorcas. Jakby innych tematów na świecie nie było.
- Kurcze Syriusz, nie myślałam, że cię zrozumiem, ale chyba jednak tak się stało. Wydaje mi się, że wiem, jak się czujesz.
- Jasne – skwitował krótko.
- A my po prostu chciałyśmy jakoś was pogodzić! Nie dałeś jej szansy wyjaśnić, więc próbowałyśmy to zrobić za nią.
- Przecież tu nie ma nic to wyjaśniania. – powiedział twardo.
Gryfonka westchnęła ciężko, nic już nie mówiąc. Patrzyła bezmyślnie w podłogę, zagraconą i zaśmieconą rzeczami chłopaków. Nawet lekko się zdziwiła, widząc pod łóżkiem Syriusza jakąś książkę. Niewiele myśląc wzięła ją do ręki i odczytała tytuł.
- „Tajniki legilimencji”? – powiedziała głośno. Ty też?!
- Co ja też? – spytał zdezorientowany.
- Skoro uczysz się, jak czytać ludziom w myślach, to czemu tak mało wiesz o tym, co czuje Dorcas? – spytała, podnosząc lekko głos.
Nie wierzyła, że chłopak też mógłby aż tak naruszać czyjąś prywatność. Syriusz uśmiechnął się niemrawo.
- Co cóż, niełatwo mi to przyznać, ale nie umiem legilimencji. Ćwiczę ją od jakiegoś roku, a wciąż coś mi nie wychodzi.
- Od roku?! Ty? Przecież tobie nic nie sprawiało problemu.
- Ale Lily, to jest legilimencja. Piekielnie trudna umiejętność. Równie trudne jak zamiana w animaga. A przypomnę ci, że zanim udało mi się pierwszy raz przemienić w psa, byłem jakoś w czwartej klasie. Uczyłem się tego przez cztery lata!
- No dobrze, ale wtedy byłeś młodszy!
- Wielu aurorów do dzisiaj tego nie potrafi. Nie wspominając już o legilimencji. To jest naprawdę trudne!
Lily zamyśliła się na chwilę.
- Ale czemu powiedziałaś: „ty też”? – zapytał Black.
- Nieważne – machnęła ręką.
Wstała i ruszyła do drzwi.
- Przecież James nie nauczył się legilimencji – powiedział zamyślony chłopak, odwracając się nagle do dziewczyny. – Lily, kto jej używa? – spytał ostrym tonem.
- Naprawdę nikt, tak mi się jakoś wymsknęło. – odparła, trzymając rękę na klamce.- A ty zamiast zastanawiać się nad tym, kto oprócz was próbuje się nauczyć tej magii, mógłbyś w końcu porozmawiać z Dorcas.
Chłopak pokręcił głową i nic więcej nie powiedział. Pożegnał się tylko z uśmiechem i Evans wyszła z dormitorium.


* * * * *


"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

"Nie cofniesz czasu, więc już nie płacz"

wtorek, 1.grudnia.2009, 16:12


Cześć! :*
Miała być dłuższa notka, ale podzieliłam ją na dwie części. Z prostego powodu - chciałam coś dodać w Mikołajki. Nie przejmujcie się, obie są w miarę długie, a może jeszcze do 6 grudnia coś zdążę dopisać.
Mogą wystąpić jakieś literówki. Nie miałam zbyt wiele czasu na poprawianie treści.
Liczę na komentarze! :* :D


* * * * *



- Ech… gorzkie…
Machnięciem ręki zamówił kolejny kieliszek i wychylił go szybko, krzywiąc się nieznacznie. Od razu poczuł znajome ciepło, rozchodzące się miło po ciele. Rozejrzał się po pubie. Pod Świńskim Łbem. Zabrudzony, nieprzyjemny, zakurzony… Odrzucający zapach. A jednak najlepsze miejsce na topienie smutków. Do tego dziwny barman, który nie zwracał uwagi na wiek. I bardzo dobrze! Tego mu było trzeba! Napić się, zapomnieć o wszystkim. Może nawet prześpi się tutaj. Co mu szkodzi?
Syriusz zatoczył lekko głową. Barman zmierzył go krótko wzrokiem, po czym wrócił do wycierania blatu równie czystą szmatą, jak cały bar. Chłopak wychylił już sporo kieliszków, pewnie mieszało mu się przed oczami. Młodzi nigdy nie znali umiaru.
Głowa Blacka osunęła się na ramię i po chwili wylądowała na blacie. Dyszał ciężko. Przed oczami miał Dorcas. Widział wyraźnie, jak całowała tego… tego Ślizgona. Co za cudowny koniec jego pierwszego poważnego związku! Ironia. Kobiety ranią. A jak już ranią to mocno i boleśnie, zostawiając głębokie blizny.
Prychnął w stół. Doprawdy, miał dziś iście wisielczy humor!
- Kremowe piwo poproszę!
Znów jakaś kobieta! Jak już człowiek chciał się od nich odczepić, zawsze pojawiały się na horyzoncie. Jęknął cicho, nie podnosząc głowy. Niech idzie sobie do stolika.
Stuknęła butelka i poczuł nikły zapach cudownego piwa. Musi też sobie zamówić. Ale to za chwilę, niech w tej głowie przestanie tak huczeć…
- Kompletnie zalany Syriusz Black. No cóż, nie spodziewałam się tego, ale nie ma w tym nic zaskakującego. – usłyszał, jak dziewczyna mruczy pod nosem.
Wymamrotał jakieś dwa słowa, których sam nie zrozumiał i spróbował przesunąć się nieznacznie w bok. Jak najdalej od tego zdradliwego rodu!
- Jedyne, co mnie zastanawia, to jak się tu dostał. Myślałam, że tylko ja znam przejście…
- Przejście? – wychrypiał Syriusz. Musi się dowiedzieć, o jakim przejściu mówi!
Spróbował unieść głowę. Udało mu się utrzymać ją w pionie. Zmierzył wzrokiem dziewczynę. Blondynka! Takie najgorsze. Chociaż ostatnio to brunetki dały bardziej w kość…
- Skądś cię znam… - wymamrotał, przekrzywiając głowę.
- Jasne, że znasz. To ta wredna Krukonka, która tak was nie lubi – uśmiechnęła się ironicznie.
Chłopak wysilił pamięć. Kojarzył jakieś fakty.
- Mówiłaś tylko o Jamesie – powiedział po chwili z wyrzutem.
Dziewczyna zaśmiała się głośno.
- Myślałam o obojgu. Taki zdziwiony? Jesteście praktycznie tacy sami. Ale miałam nie oceniać powierzchownie.
- Właśnie! – ryknął Syriusz, wychylając się do niej. – Im lepiej nas poznasz, tym mniej będziesz się mogła się oprzeć – dodał, siląc się na czarujący uśmiech.
A jeszcze przed chwilą tak przeklinał na kobiety!
- No właśnie. O tym mówiłam. Jak można was pozytywnie oceniać? – spytała retorycznie. – Tracę czas.
Wstała i odeszła w głąb pubu, siadając przy jednym ze stolików.
Syriusz westchnął cicho i znów położył się na blacie, machając ręką do barmana.
- Piwo mi daj… - jęknął żałośnie w stół.
Ten wzruszył nieznacznie ramionami i postawił przed chłopakiem zakurzoną butelkę. Black szybko wypił potężnego łyka, po czym ponownie położył głowę na stół. Leżał tak jakieś dziesięć minut, obserwowany ukradkowo przez Julie. Dziewczyna raz po raz kręciła głową z dezaprobatą.
- Kurde, Łapa, co ty wyprawiasz?!
Krukonka ożywiła się nieco i spojrzała uważnie na Jamesa Pottera, który właśnie wpadł do baru.
- Szukam cię po całej wiosce! Po kiego grzyba tu przyszedłeś?
Odpowiedziało mu ciche chrapanie. Chłopak opadł zrezygnowany na krzesło obok przyjaciela.
- Pewnie topi tu smutki, Potter. Tak ciężko się domyślić? – nie mogła się powstrzymać i dodała swój komentarz.
- Aaa! Co ty tu robisz, do cholery?! – James podskoczył na krześle.
Dziewczyna dosiadła się do niego i odparła, lekko znudzonym tonem.
- Odbijam sobie ciężki tydzień. Chyba mi nie zabronisz? – uniosła niebezpiecznie brwi.
- A rób sobie, co chcesz. – burknął pod nosem.
Spróbował dobudzić Syriusza. Ten wymamrotał pod nosem kilka niezrozumiałych słów.
Gryfon zamarł.
- Przecież dziś jest piątek. – powiedział powoli. – Dzisiaj nie ma wyjścia do Hogsmeade. Co ty tu robisz? – syknął w stronę Krukonki.
Ta wzruszyła ramionami.
- Powinnam zadać ci to samo pytanie.
- Jak się tu znalazłaś? – spytał ostro.
Spojrzała na niego, lekko zaskoczona.
- Pewnie tym samym sposobem, co wy. Przejściem.
James zmarszczył czoło. Syriusz uniósł na chwilę głowę i zachichotał.
- On się pyta którym…
- Którędy – szybko przerwał przyjacielowi Rogacz. – Którędy się do niego idzie. Wolałbym, żebyś nas nie oszukała i nie dowiedziała się od nas, gdzie jest to przejście.
- Wkurzasz mnie – warknęła Julie.
- Wybacz, że chronię swych sekretów – odparował. – Kto jeszcze wie o tym przejściu?
- Nikt!
- Uważaj, bo uwierzę.
- Mam to gdzieś! – krzyknęła. – Spadam.
James potrząsnął głową, mierzwiąc włosy.
- Czekaj! Pomóż mi chociaż zaprowadzić go do Hogwartu.
Stanęła w drzwiach i westchnęła ciężko.
- Dobra. Ale najpierw go rozbudź, nie zamierzam go nieść.
- Myślę, że da się to zrobić – wyszczerzył zęby Gryfon i pociągnął Łapę do łazienki.
Po chwili wyszedł, a za nim wlókł się naburmuszony Syriusz. Miał mokre włosy i koszulkę.
- Dobry sposób. – przyznała dziewczyna, kiwiąc głową.
- Byłem trzeźwy – odburknął Black w odpowiedzi.
James zaśmiał się cicho po czym wyszedł na mróz, ciągnąc przyjaciela za sobą. Dziewczyna wyszła za nim.
- Prowadź więc – rozkazał Huncwot, machając ręką.
Prychnęła głośno, ale ruszyła bez słowa po śniegu. Poprowadziła ich na perypetie wioski, klucząc między domami. Dawno opuścili część turystyczną. James już wiedział, które przejście znała Krukonka. Wcale mu jednak nie ulżyło.
Szli w milczeniu, co jakiś czas podtrzymując Łapę, który próbował iść o własnych silach. Gwiazdy świeciły mocno, musiało być dobrze po północy. Dobrze, że był dziś piątek. Potter patrzył zamyślony w księżyc. Jeszcze jakiś tydzień do kolejnej pełni.
Szli w ciszy, aż doszli do tunelu, skutecznie ukrytego za głazem. Dziewczyna stuknęła w kamień różdżką, a ten uchylił się odrobinę.
- Zadowolony? – zapytała zimno.
James westchnął.
- Słuchaj, przepraszam. Naprawdę musiałem zachować ostrożność.
Nic nie odpowiedziała, tylko przecisnęła się przez szczelinę i ruszyła szybkim krokiem. Chłopak próbował ją dogonić, szybko zamykając przejście i zapalając różdżkę.
Szli jakieś pół godziny, słuchając tylko mamrotania Syriusza. W końcu wyłonili się zza lustra na trzecim piętrze.
Julie rzuciła chłopakom ostatnie, zimne spojrzenie i ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego Ravenclawu.
- Czekaj! – zawołał cicho Potter. – Skąd wiesz o przejściu?
- Nie tylko wy urządzacie sobie wycieczki po zamku – odparła, nie odwracając się.
- Ale nikt inny nie wie o nim? – upewnił się.
- Nie ode mnie.
Chłopak odetchnął.
- A więc dobranoc. Bajecznych snów! – akurat odwróciła głowę, więc szybko puścił jej oczko. Prychnęła na pokaz i odeszła. Gryfon zaśmiał się pod nosem i ruszył w przeciwną stronę. Bez przeszkód dotarli do dormitorium i od razu padli na łóżka, niemal natychmiast zasypiając.


* * * * *



- To się stało tak nagle – szeptała cicho, głosem, pamiętającym jeszcze niedawny płacz. – Mówiłam wam, ze chcę zrobić z tym porządek, raz na zawsze sprawić, żeby się ode mnie odczepił. Zaczęłam więc go ostrzegać, nawet mu groziłam . Widziałam, głupia idiotka, że, tak jak mówiłaś Lily, to i tak nic nie daje, więc chciałam odejść. No a wtedy on mnie przyciągnął i pocałował. To było… Nie wiedziałam co robić, zupełnie mnie zaskoczył. Stałam tylko w miejscu i czekałam, aż przestanie. A najgorsze… - urwała na chwilę. – Najgorsze jest to, że czułam tak niesamowite ciepło, że… och, nawet nie chcę tego mówić!
Poczuła, jak ręka jednej w przyjaciółek gładzi ją po włosach. Spróbowała odetchnąć w poduszkę. Leżała bowiem na swoim łóżku, a obok siedziały obie współlokatorki.
- Podobało mi się to – dodała cicho.
Przyjaciółki wymieniły nad jej głową zaniepokojone spojrzenia.
– Oczywiście to była dosłownie sekunda, potem zrozumiałam. On zobaczył Syriusza! To dlatego tak nagle mnie pocałował! A ja głupia nawet się nie opierałam. Syriusz… on miał taki ból w oczach. Zraniłam go, głupia. I nawet nie wiem, gdzie on jest! Zniknął, zapadł się pod ziemię! A to wszystko przeze mnie! Tak szybko uciekł. Nawet już nie myślałam, tylko pobiegłam za nim, ale jego oczywiście nigdzie nie było. Miałam ochotę wrócić i dołożyć temu idiocie Robbinsowi, ale jaki to miałoby sens…
- Błędy możesz tylko naprawiać, kochana. Nie cofniesz czasu, więc już nie płacz.


"Zostawić chcę po sobie ślad na wieki, być tego świadomą, gdy zamknę już powieki..."
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:











K S I Ę G A
wpiszesz? czy obejrzysz?

J A



O mnie
Dodaj do ulubionych

A R C H I W U M

2006
lipiec (8)
sierpien (4)
wrzesień (1)
październik (3)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (2)
marzec (1)
maj (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)

2009
styczeń (2)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
lipiec (3)
sierpien (4)
wrzesień (2)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (6)

2010
styczeń (4)
czerwiec (1)



U L U B I E N I

oceny-fanfictionhermiona-kocham-cieevans-kocham-cierudziastothe-carrowslilenkakocham-jamesalegilimentsliitium

L I N K I

Ci, co oceniają
Powiem Ci prawdę!
Oceny Huncwotków!
Oceny wilków!
Ocenialnia TC - SUM
Zabójcza ekipa!

Dzieje pełne magii... Z czasów Harry'ego
Malfoy's Manor - perypetie związane z nazwiskiem Malfoy!
Życie rodziny Krum - Hermiony Wiktora i...
Mały Potter!

Czasy Huncwotów
Lilya... Ślicznie!
Nadine i Alex - blog wciąga strasznie ;D Polecam!
Czarująca Lily Evans - wchodźcie!

Magiczne na swój sposób
Liitium - fantastyczne opowiadania!
Siwara - czyli piękna opowieść o Ewie i tajemniczym Piotrze.
Cudowne wiersze!





Szablon zrobiony przez
Dorcas.
dla kochanej Agnieszki :*. Nie kopiuj!